"Świat po hydroxizinum"

Piotr Czerkawski dla Rity Baum

Arkadiusz Bagiński nie przypomina większości moich rozmówców ze świata sztuki. Wrocławski twórca animacji nie jest typem faceta, który popijając wino, z udawanym przejęciem mówiłby o „moralnej znieczulicy Zachodu”. Właśnie dlatego zamiast w modnej kawiarni spotkaliśmy się po raz pierwszy na marszu przeciw uchwaleniu kontrowersyjnej umowy ACTA. Choć Bagiński z pewnością podzielał postulaty protestujących wobec ograniczenia wolności internetu, podczas samej manifestacji trzymał się dziwnie z boku. W pewnym momencie, zirytowany coraz bardziej szczeniackimi okrzykami tłumu po prostu odłączył się od grupy. Następnego dnia umówiliśmy się w domu Bagińskiego, by – przy paczce chipsów i butelce Tyskiego – po raz kolejny obejrzeć i przedyskutować jego kolejne filmy. Już po chwili moim oczom ponownie ukazała się bezmyślna ludzka masa przemierzająca ekranowy świat w animacjach „System” czy „Mane Tekel Fares”. Dopiero wtedy postawa zaprezentowana przez artystę w trakcie demonstracji wydała mi się w pełni zrozumiała.

Mogłoby się wydawać, że nazwisko Bagiński stanowi dla polskiego twórcy animacji niemożliwy do zrzucenia balast. Sam zainteresowany ze śmiechem przyznaje, że kilka lat temu zdarzyło mu się odbierać gratulacje za nominacje do Oscara dla „Katedry” Tomasza Bagińskiego. Wystarczy jednak jeden rzut oka na filmy Arka, by stwierdzić, że w niczym nie przypominają dokonań sławniejszego kolegi. Bagiński z Wrocławia to człowiek­ orkiestra, który oprócz kina zajmuje się także plastyką, performancem oraz organizacją festiwali. Filmy Bagińskiego sytuują się na granicy kina i videoartu a nieodłączny element niemal każdego z nich stanowi postindustrialna muzyka zespołu Job Karma. Na styku tych wszystkich powiązań artysta tworzy własny styl łączący awangardową formę z wyraźną tendencją do politycznego zaangażowania.

Świat po hydroxizinum

Korzenie twórczości Bagińskiego tkwią z pewnością w jego barwnej młodości, której apogeum przypadło na czasy transformacji ustrojowej. Przyszły artysta nie ukrywał rozczarowania okresem ekspansji dzikiego kapitalizmu połączonego w niektórych środowiskach z radykalnym wzrostem nastrojów nacjonalistycznych. Swoją postawę wspomina dziś w następujący sposób: Byłem zbuntowany, ale nie zamykałem się w szufladce. Wprawdzie trzymałem się z punkami, ale słuchałem też trochę innej muzyki. Moje dojrzewanie można streścić w sloganie: anarchia, punk rock i industrial. Choć dziś twórczość Bagińskiego nie ma w sobie młodzieńczej egzaltacji, w dalszym ciągu przenika ją tamta niezgoda na rzeczywistość. Krótkie, najczęściej trwające mniej niż 10 minut animacje artysty uderzają intensywnością. Pozbawione linearnej narracji filmy przedstawiają hipnotyczne sceny z życia industrialnego miasta. W takim świecie działania mieszkańców zostają podporządkowane woli demiurgicznego Wielkiego Nadzorcy. Podobna strategia towarzyszyła Bagińskiemu już przy realizacji jednego z pierwszych filmów­ „Systemu”. Sam reżyser wspomina: „Już wtedy chciałem pokazać człowieka, który godzi się na rolę drobnego trybika w maszynie, całkowicie rezygnuje ze swoich indywidualnych potrzeb. W tamtym filmie zdecydowałem się wzmocnić to wrażenie także poprzez ukazanie perspektywy kogoś, kto wzbudza niechęć otoczenia, bo siłą rzeczy się z niego wyróżnia. Opowiedziałem więc historię imigranta, który bywa dotknięty represjami systemu w jeszcze większym stopniu niż kto inny, bo na przykład przebywa w kraju nielegalnie”. Istotny element większości filmów reżysera stanowi jednak bierność bohaterów, którzy nie znajdują w sobie siły, żeby wystąpić przeciw ustalonemu porządkowi. Parafrazując tytuł jednej z animacji, można powiedzieć, że Bagiński przedstawia na ekranie „świat po przedawkowaniu hydroxizinum”. Sam reżyser komentuje tę metaforę w następujący sposób: hydroxiznum to antydepresyjny lek, po którym wprawdzie lepiej się czujemy, ale tracimy też jakiś pierwiastek samego siebie. Stajemy się po prostu pozbawionymi uczuć konsumentami i pracownikami. Firmom farmaceutycznym najwyraźniej udało się wmówić ludziom, że połknięcie tabletki w cudowny sposób zlikwiduje ich wszystkie życiowe problemy. Sytuacja, którą Huxley opisywał w „Nowym, wspaniałym świecie” na naszych oczach staje się faktem”. Podobną rolę, co otępiające leki antydepresyjne w uniwersum Bagińskiego pełni również narkotyk w postaci wszechobecnego pieniądza. W swoich filmach artysta w dosadny sposób komentuje wymykające się spod kontroli konsumpcyjne szaleństwo. Choć jego animacje zostają utrzymane w konwencji upiornej groteski, ogarnięta kryzysem finansowym rzeczywistość zbliża się do niej w coraz szybszym tempie.

Industrialny Chrystus

Twórczość Bagińskiego nie ogranicza się wyłącznie do pogłębionej analizy problemów, które znamy z nagłówków pierwszych stron gazet. Według artysty decydujący wpływ na kształt współczesnej rzeczywistości ma towarzyszący jej zanik duchowości. Najbardziej wstrząsającą ilustrację charakteryzującej dziś świat egzystencjalnej pustki Bagiński zawarł w filmie „Imperium zona”. Ta osobliwa impresja w konwencji science­ fiction powstała w wyniku wizyty reżysera na terenie byłej elektrowni atomowej w Czarnobylu. Bagiński wspomina projekt następująco: Gdy jechaliśmy do Czarnobyla, nie mieliśmy gotowego planu. Chcieliśmy po prostu pokazać wymarłe miasto. Zależało nam na uchwyceniu atmosfery, którą tworzą opuszczone, pozarastane chwastami blokowiska i towarzysząca im przejmująca cisza. Na miejscu wpadliśmy na pomysł, żeby oderwać się od rzeczywistej przeszłości Czarnobyla i przedstawić hipotetyczną historię tego jak mogłoby wyglądać takie miejsce przed katastrofą. Oczywiście ta opowieść jest bardzo przerysowana, skupia się przede wszystkim na motywie dyktatury i wszechobecnej kontroli a także stanowi symbol zwycięstwa technologii nad człowiekiem.

W podobnych kategoriach można by potraktować film „Ecce Homo”. Sugestywna wizja Bagińskiego opiera się na przeniesieniu Drogi Krzyżowej w realia industrialnego miasta. Nowy Zbawiciel, który kona na oczach beznamiętnych gapiów w mrocznej, przemysłowej przestrzeni może wydać nam się bliższy niż kiedykolwiek. Podobny trop potwierdza sam Bagiński słowami: Interesowała mnie refleksja nad tym co stałoby się dziś z taką postacią jak Jezus, z kimś kto nie boi się cierpienia i znajduje odwagę, by przeciwstawiać się systemowi. Jestem pewien, że przez 2000 lat nic się nie zmieniło i w ten czy inny sposób ponownie zostałby skazany na karę śmierci.

Odrobina światła

Filmy Arkadiusza Bagińskiego nie ograniczają się do nihilistycznej z ducha negacji współczesności. Reżyser zapewnia: Nie jestem przeciwny technologiom. Nie może być tak, że człowiek przez cały czas siedziałby przy lampie naftowej i czytał książkę. Za sprawą swojej twórczości chcę jedynie pokazać, że im nasze relacje stają się bardziej wirtualne, tym mniej chcemy się troszczyć się o siebie nawzajem. Współczesność coraz bardziej przypomina mi scenę z jednej z ekranizacji „Wehikułu czasu” Wellsa. Przedstawiała ona jakąś futurystyczną społeczność, w której wszyscy byli szczęśliwi i bogaci, ale nikt nie zechciał pomóc tonącemu w pobliżu człowiekowi”. Sztuka Bagińskiego służy mu do wyrażenia troski o rzeczywistość, której natura wyrastają z silnych inspiracji niemieckim ekspresjonizmem. Bagiński komentuje swoją fascynację w następujący sposób: Ekspresjoniści tworzyli w niezwykłych czasach, które stały się areną walki na śmierć i życie między dwoma totalitaryzmami.Choć byli pesymistami, nie przyjmowali tego stanu rzeczy z bezrefleksyjną akceptacją. Ich sztuka stanowiła dla odbiorcy coś w rodzaju przestrogi”.

Również filmy Bagińskiego można traktować w kategoriach złowieszczego proroctwa. Zgrabną metaforę twórczości reżysera stanowi znana z Biblii tajemnicza ręka, która napisała na ścianie pałacu babilońskiego władcę Baltazara maksymę „mane, tekel, fares”. Słowa oznaczające tyle co „policzone, zważone, podzielone” i zwiastujące rychły upadek Babilonu posłużyły za tytuł jednego z pierwszych filmów reżysera. Mimo wyraźnie pesymistycznego zabarwienia swojej twórczości, Bagiński zawiera w niej jednak odrobinę nadziei. Jak sam tłumaczy, sądzi, że człowiek ma w sobie jakąś potrzebę altruizmu i zdolność do poświęcenia, która wynika z instynktu i uaktywnia się czasem niezależnie od niego. Stąd od czasu do czasu biorą się niespodziewane gesty i zrywy solidarności, które pokazują jakie możliwości drzemią w każdym z nas”. Wiara reżysera udowadnia, że przepowiednia „mane, tekel, fares” nie musi zostać ponownie spełniona. W kinie Bagińskiego jest jedna scena mająca w sobie moc, by doprowadzić do jej unieważnienia. Mowa o finale „Ecce Homo”, w którym droga krzyżowa niespodziewanie kończy się obrazem wydobywającego się z tunelu blasku. Zupełnie jak we „Wstąpieniu do Raju” Hieronima Boscha może chodzić o przynoszące ocalenie światło niebios. Trudno o lepszy dowód na to, że we współczesnym świecie zbawienie może dokonać się także za sprawą sztuki.