SUBIEKTYWNA WYCIECZKA PO RYTUALE MEDIÓW

Rafał Jęczmyk

To był chyba pierwszy prawdziwie zimowy dzień roku 2008. Spadł ostry śnieg, ale na miasto trzeba było się wybrać, bo właśnie tego wieczoru odbywał się Rytuał Mediów, zorganizowany nieprzypadkowo 21 listopada, w dziwaczne święto ustanowione przez ONZ w 1996 roku – Światowy Dzień Telewizji. Po co i jak obchodzić taką okazję? Wręczać telewizorom prezenty – może jakiś kwiatek w wazonie na serwetce do przystrojenia tego wszędobylskiego urządzenia? Może dawać po prostu telewizory znajomym, żeby mieli łatwiejszy i szerszy dostęp do informacji, filmów, telenowel, prognozy pogody, teleturniejów i innego związanych z tym dóbr? A może to święto TV-pracowników, których należy tego dnia celebrować za całoroczną obecność w naszych domach? Oczywiście, założenie powołania tego oficjalnego świeckiego święta było górnolotne, jak to w przypadkach organizacji międzynarodowych bywa – tego dnia telewizje poszczególnych krajów powinny wymieniać się między sobą filmami i programami na temat pokoju i rozwoju, a także promować samo medium i naukowo zastanowić się nad jego dobrymi i złymi stronami. Można się było spodziewać, że Rytuał, cykliczne wydarzenie bardzo krytyczne wobec kultury współczesnej, nie będzie gloryfikował zbawczej roli telewizji w walce z ciemnotą, analfabetyzmem i chwalił jej zaangażowania w edukację mas. Spodziewałem się raczej celnego ciosu wymierzonego w mass media, obnażenie i analizę najbardziej mrocznych jej aspektów. Takie wydarzenie aż prosi się o jego udokumentowanie – zapisy, rejestracje filmowe i dźwiękowe, opisy. Od tego wieczoru minęło już kilka lat i nie wszystko zostało zapamiętane. Zawsze można się wesprzeć gotowymi zarchiwizowanymi informacjami na jego temat i na ich podstawie odtworzyć jego przebieg, ale w tym przypadku wybrałem przekornie inną drogę. Jest taka scena na filmie Davida Lyncha Lost Highway: policjanci odwiedzają dom głównych bohaterów, by zbadać sprawę tajemniczych taśm wideo, które są podrzucane pod ich drzwi. Na pytanie, czy w są w posiadaniu kamery, właściciel domu Fred Madison żachnął się, jakby ktoś go ukłuł. Jego żona Renee naprędce wytłumaczyła stróżowi prawa, że nic takiego w ich domu się nie znajdzie, bo Fred woli pamiętać rzeczy takimi, jakimi je zapamiętał, a nie jakimi były naprawdę. Scena istotna, stawiająca kwestię rejestracji rzeczywistości na ławie oskarżonych. A zatem, przyjmując pozycję Freda, nie zamierzam wspierać się żadną dokumentacją Rytuału Mediów, zamierzam za to oprzeć się tylko i wyłącznie na mojej nie zawsze niezawodnej pamięci. Pewnie niektóre informacje będą mijały się z rzeczywistością, część ważnych aspektów tego dnia nie pojawi się w ogóle w tym tekście w ogóle, ale to wszystko, co się tu pojawi, będzie pochodzić z mojego ulubionego medium – własnego mózgu, który zapamiętał i przepracował samo wydarzenie na swój własny sposób.

Nie udało mi się zaliczyć wszystkich punktów bogatego jak na jeden wieczór programu Rytuału – udało mi się dotrzeć dopiero na trzeci w kolejności. Tylko słyszałem, że na wcześniejszych było ciekawie. Najpierw w Entropii ominęła mnie nawiązująca do teorii spiskowych akcja TransRadioForma, przygotowana przez twórców Art&Industrial Gallery – Macieja Fretta i Arkadiusza Bagińskiego – jednocześnie organizatorów całego rytualnego przedsięwzięcia. Z tego, co do mnie później dotarło, była to rozkodowana płatna reklama emitowana w radio i deszyfrowana na żywo. Nie dotarłem też do Muzeum Architektury, gdzie Viola Tycz zaprezentowała swoich Włączonych/Wykluczonych/Wieszaki. Pierwszym, na którym się w końcu spóźniony znalazłem, był performance odbywającym się w Mieszkaniu Gepperta Hydroxizinum 2.0 autorstwa Andrzeja Jóźwika i Arka Bagińskiego z oprawą dźwiękową Aureliusza Pisarzewskiego. Mnóstwo ludzi, lekki zaduch w środku mimo mroźnego dnia, jedno z pomieszczeń całkowicie wyłożone folią, a za tą folią coś się działo. Jacyś ludzie w laboratoryjnych kitlach grzebiący w ziemi, jakieś probówki, wokół telewizory coś wyświetlające. Nie wgłębiłem się za bardzo w całą akcję, której zresztą nie widziałem od początku, a w dodatku napotkani dawno nie widziani znajomi szybko porwali do rozmów – niekoniecznie o tym, co miało miejsce za ścianą. Trochę teraz żałuję, bo w pamięci pozostał specyficzny klimat tego wydarzenia. Kolejne punkty śledziłem już znacznie bardziej uważnie, a szczególnie mocno czekałem na następną część wieczoru, czyli niecodzienny koncert w w niecodziennym miejscu. W Empiku na wrocławskim Rynku właśnie miał się odbyć chyba pierwszy w historii tej sieci – a może w ogóle w historii megasklepów oferujących przede wszystkim dobra kulturalne – koncert harsh-noisowy. Już wcześniej kilka razy miałam okazję widzieć występy projektu Sebastiana Harmazego o nazwie Vilgoć i wiedziałem, że będzie to hałas na najwyższym poziomie. Zatem udałem się do klubo-kawiarenki położonej w podziemnym poziomie Empiku – tam rozstawione krzesła wśród regałów wypełnionych książkami, przygotowana scena pokryta w całości folią, rozwieszony ekran, stół zastawiony noisowym ekwipunkiem. Ubrany na czarno Harmazy zajął swoją pozycję i koncert się rozpoczął. I było właśnie tak, jak oczekiwałem – bardzo ostro, bardzo głośno, bardzo agresywnie. Wręcz sypały się iskry z mikrofonu, którym muzyk poddawał torturą leżącą na stole cegłę. Na ekranie w zastraszającym tempie przesuwały się telewizyjne obrazy reklam, wojen i wiadomości wpisane w ramę o kształcie krzyża równoramiennego. Prędkość zmian poszczególnych wizji przypominało to, z którym wizualna indoktrynacja gwałtem była zapodawana Alexowi, głównemu bohaterowi Mechanicznej Pomarańczy. Zawsze uważałem, że muzyka noisowa, a zwłaszcza ta w najbardziej ekstremalnej odmianie, jaka jest harsh, jest chyba najlepszą dźwiękową ilustracją i niezwykle celnym krytycznym komentarzem dla wielu zjawisk przynależnych współczesnej cywilizacji – i ten występ Vilgoci w połączeniu z intensywnie atakującą umysł i oczy wizualizacjami stanowił pierwszą, niezwykle celnie wbitą szpilę przesiąkniętej mediami kulturze. Sam dobór sali, z reguły wykorzystywanego do promocji znacznie bardziej przystępnych i popularnych rejonów sztuki, wydawał się niecodzienny. Podczas tego występu nie było miejsca na fanowskie spotkanie z artystą, z tradycyjnie nieodłączną sesją Q&A czy podpisywaniem zdjęć i płyt, jakie przede wszystkim się do tej pory w empikowej kafejce odbywały. To był kij wsadzony w mrowisko oficjalnej kultury, coś, co nie powinno się w codziennej rutynie tam znaleźć. To było wprowadzenie czegoś głęboko undergroundowego, na wskroś artystycznie antysystemowego w miejsce nigdy wcześniej z tym nie kojarzone. Oczywiście, można kupić tu bardzo awangardową muzykę, ale na pewno nie są planowane cykliczne wieczorki z noisem. Hasło reklamowe Empiku – „miejsce pełne kultury” – tym występem zostało podane w nawias. Może pełne kultury, ale nie każdej, pozbawione jej ekstremalnych, niszowych czy pobocznych aspektów. Koncert Vilgoci był brutalnym zwróceniem uwagi, że na co dzień takiej artystycznych aktywności i stylistyki nie spotkamy w supermarkecie, w mediach, w szczególności w telewizji. Bunt spotkał się cynicznie z marketingiem, udowadniając, że jego miejsce jest wszędzie i niezależnie od okoliczności, a tego samego o marketingu już powiedzieć nie można. Jednym z najwyraźniejszych wspomnień z tego fragmentu dnia pozostał obraz baneru reklamowego stojących obok sceny, dumnie noszącego napis: „piankowe latte i smaczne tiramisu – 15 PLN”. Nie pamiętam, czy w czasie koncertu bar był otwarty, ale jeśli ktoś zamówił te specjały to raczej nie smakowały tak, jak powinny. Po ostatnim dźwięku blisko dwudziestominutowego seta, jedna z osób obecnych na widowni, starszy jegomość zakrzyknął głosem pełnym ironii: co autor chciał przez to powiedzieć? Nie doczekał się żadnej odpowiedzi.

Zaraz po koncercie Vilgoci, kierując się przygotowanym na tę edycję Rytuału folderem, udałem się do kultowego jak jego nazwa baru Miś, który miał zostać specjalnie otwarty wieczorową porą na wernisaż Antka Wajdy zatytułowany Sport i Pogoda. Jego prześmiewczą wobec popkulturowych ikon i zjawisk twórczość ceniłem od dawna, warto było więc udać się na kolejne niecodzienne wydarzenie odbywające się w niecodziennym miejscu. Sztuka w najtańszym barze w mieście! Kolejny duchampowski pisuar tego wieczoru, stawiający pytania na temat przestrzeni, w których powinno, a w których nie powinno się prezentować sztuki. Antek Wajda we własnej osobie opowiedział o założeniach prezentowanego właśnie cyklu obrazów, których rozmiary rosły w ciągu geometrycznym opartym na spirali Fibonacciego. Na samych pracach jego ulubiony motyw misiów, sport, telewizja i prześmiewcze, krytyczne podpisy (na przykład „kontuzja słońca, sędzia zareagował prawidłowo, ale wynik jest już przesądzony”). W ręku zaserwowany w przeciwieństwie do tradycyjnego wernisażowego wina polski czerwony barszcz nalewany do plastikowych kubeczków zza lady. Lubię taką ironię.Potem spacer do pobliskiej Galerii Miejskiej, gdzie miał właśnie się wydarzyć jeden z najmocniejszych punktów programu – występ chyba najbardziej ekstremalnej polskie grupy performerskiej Suka Off. Czytałem o nich wiele, na żywo nie miałem jeszcze przyjemności obcowania z ich bardzo cielesną sztuką, dlatego też szczególnie podekscytowany oczekiwałem ich występu. Sala Galerii wypełniona była po brzegi publicznością. Suka Off reprezentowana tu była przez dwie osoby – nazwijmy ich Mężczyzną i Kobietą. Kobieta w czarnej sukience siedziała na krześle, ubrany również na czarno Mężczyzna w skórzanej fetyszystycznej masce rozpoczął swoje działania. Na ścianie wyświetlona została definicja komunikacji, a w tym czasie Mężczyzna brutalnie malował usta Kobiety szminką, po czym owinął jej twarz szczelnie folią, robiąc w niej jedynie otwory umożliwiające oddychanie. Wbił w jej czoło igły od strzykawek – pod folią krew zmieszała się z potem, nadając kobiecie odpychający wygląd osoby poddanej torturom. Całość tych działań była rejestrowana przez kamerę i wyświetlana w czasie rzeczywisty na ścianie. Mężczyzna wziął do ręki polaroid i zaczął poszukiwania ofiary – przypadkowej osoby z tłumu, której twarz została sfotografowana. Następnie jej zdjęcie zostaje umieszczone na ścianie, a druga kamera rzutuje ja na wyświetlana twarz umęczonej Kobiety. Efekt jest porażający. To rozmazane, pozbawione cech płciowych oblicze pokryte krwią i szminką. Mężczyzna ponownie rozpoczął swoje łowy wśród tłumu. Wybiera właśnie mnie. Moje zdjęcie ląduje na ścianie przed kamerą i mogłem w powiększeniu śledzić, jak moja twarz morfuje się z twarzą Kobiety, jak powoli zatracały się moje rozpoznawalne cechy. Technologia jest w stanie ukazać nasze inne oblicze, przefiltrowane przez środki masowego przekazu. Ta zła forma komunikacji międzyludzkiej, poddana arbitralnemu uformowaniu przez tylko jedną ze stron, mimo jawności swoich mrocznych aspektów mesmeryzuje, przyciąga i fascynuje. Truizmem jest stwierdzenie, że telewizja jest lustrem nas samych, ale w przypadku tego performance możemy to dostrzec wyraźnie, przedstawione w dosadnej i agresywnej formie. Krew wszechobecna na ekranach, zatracenie indywidualnych cech, zebrani widzowie oczekujący czegoś sensacyjnego. Po zakończeniu akcji wiele osób milczało. Poszedłem pod ścianę i zabrałem swój polaroidowy portret na pamiątkę. Kilka dni później znajomy fotograf wręczył mi zdjęcia mojej twarzy nałożonej na twarz Kobiety.

Potem miał nastąpić performance Yolanty Ponton w wykopie przy ulicy Świętego Antoniego. Zanim się tam udałem, dotarły do mnie informacje, że przygotowując się do swojej akcji artysta został zatrzymany przez policję za podejrzane działania z łopatą w wykopie. No niestety. Władza nie akceptuje guerilla-artu, nawet w ramach oficjalnie przygotowanych wydarzeń.

Kolejny punkt programu, mimo swojej intensywności jest już bardziej chwilą wytchnienia po Suce Off – to CRASH antyrytuał w Galerii BWA Awangarda, przygotowany przez międzynarodowo-wrocławskiego muzyka, hacktywistę i matematyka Roberta Liska we współpracy z Avabafem i Gerardem Lebikiem. Ściana syntetycznego noise z dodatkiem dźwięków saksofonu wypełniła galerię. Zsynchronizowane z muzyką geometryczne wizualizacje otoczyły ze wszystkich stron trójkątną kolumnę pośrodku sali. Podczas tego występu było ducha najnowszego medium – światowej sieci internetowej przenikającej już wszystko, niosącej nowe wyzwania, fascynacje, strachy i niebezpieczeństwa. Sama nazwa akcji stawiała pytanie, czy jest jeszcze miejsce dla rytuałów w zbliżającej się posthumanistycznej epoce.

Za chwilę miał zacząć się główny punkt programu – koncert w Sali Gotyckiej, a z BWA to zaledwie kilka kroków. Przedłużony antyrytuał spowodował, że ominął mnie występ przewidzianego jako pierwszy projektu Synt[AX]error. Trafiłem dopiero na Krew z Kontaktu, dwuosobowy twór szalonych noisujących improwizatorów – Seweryna Forysia i Artura Jarosa. Na ścianie Sali Gotyckiej zawisł przedziwny ekran – wypukły, uformowany w krzyczące twarze – na który rzucany był obraz kontrolny na przemian z telewizyjnym śniegiem wyłączonego kanału. A obok rozłożeni pod sceną muzycy dali z siebie wszystko – torturowana gitara, mikrofony, generatory dźwięków, znalazło się nawet coś w rodzaju rogu myśliwskiego. Muzyka ostra, pełna, bogata i niepokojąca, pełna dziwacznych zawodzeń i syntetycznych jęków. W tle świecące monitory. Rock'n'roll nowej ery. Koncert został efektownie zakończony przez Seweryna, który w szale zdemolował gitarę i wzmacniacz. Przeżycie wyjątkowe, jeden z najlepszych koncertów na jakich miałem okazję kiedykolwiek być. W końcu nadszedł czas na finałowy koncert wieczoru i na scenie pojawiła się poznańska grupa Reportaż – jeden z najwybitniejszych zespołów polskiej awangardy muzycznej, nieszczęśliwie szerzej znany za granicą niż w naszym kraju. Już wcześniej miałem okazję widzieć ich na żywo i oczekiwałem powtórzenia wyjątkowego muzycznego spektaklu, tym razem jednak w innej odsłonie, zatytułowanej Operacja Media. Czekałem na ten koncert szczególnie, bo w tym projekcie z Reportażem miał wystąpić sam Chris Cutler, perkusista znany z takich grup jak Henry Cow czy Art Bears, ale niestety nie dojechał z jakichś nieznanych mi przyczyn. Trudno. Sami polscy muzycy byli wystarczającą atrakcją, którzy oświetleni na scenie oślepiającym światłem lampy szpitalnej używanej podczas operacji zagrali doskonały, narracyjny koncert w duchu tradycji awangardy spod znaku Rock In Opposition. Analogowe instrumenty zostały silnie przetworzone przez elektronikę, a całość została uzupełniona głosem lidera formacji, Andrzeja Karpińskiego, skandującego teksty na temat mediów. W tym pół-koncercie, pół-spektaklu znalazło się też miejsce na krytyczne tyrady na temat środków masowego przekazu i rozbicie telewizyjnej kamery. Idealne zakończenie Rytuału Mediów, podsumowujące w celny sposób ideę całego przedsięwzięcia. Ta rozbita przez Karpińskiego kamera doskonale uzupełniała zdjęcie z okładki folderu Rytuału – pogrzeb włączonego telewizora.

Z ostatniego punktu wieczoru zrezygnowałem, napojony zapewnionym przez organizatorów darmowym piwem w Sali Gotyckiej i do Kalaczakry na noc z Acid TV VJ-a Mniamosa już się nie udałem. Nie zapamiętałem, co mi się tamtej nocy śniło.