"Zakopać kogoś żywcem to niecodzienne uczucie"

dla RityBaum rozmowę prowadzi Paweł Piotrowicz

Paweł Piotrowicz: Znajdujemy się w redakcji Rity Baum na ulicy Ruskiej, mam przyjemność  gościć Andrzeja Jóźwika, Arka Bagińskiego i Andrzeja Mazura, ludzi mocno związanych, albo wręcz tworzących wrocławski festiwal, odbywający się już od dwutysięcznego roku, który nazywa się Rytuał. Pierwsza edycja odbyła w zespole elektrociepłowni wrocławskiej, chciałbym się dowiedzieć jak powstała idea i pomysł na pierwszą edycję i kto z was był spiritus movens tego przedsięwzięcia?

Arkadiusz Bagiński: Rozumiem, że pytanie skierowane jest do mnie?

Andrzej Jóźwik: No oczywiście, to jest wyraźnie skierowane do Ciebie pytanie, jeszcze ze skierowanym wzrokiem w Twoją stronę (śmiech).

AB: Przecierając gałki oczne odczułem te sugerujące spojrzenia, że muszę zacząć (śmiech). Można powiedzieć, że pomysł na pierwsza edycję, w założeniu nie miał być wydarzeniem cyklicznym. Pomysł polegał na zebraniu grupy multimedialnych artystów wrocławskich, którzy chcieli w sposób wspólnotowy  przekazać pewne idee i treści, prezentując swój dorobek artystyczny. Zanim padł pomysł na elektrociepłownię, pojawił się film „System”, bodajże moja druga animacja, pierwsza realizowana wspólnie z Rafałem Zarembą, która miała już wcześniej swoją premierę festiwalową, ale która nie ujrzała światła dziennego jeśli chodzi o Wrocław. Wybór wrocławskiej premiery filmu padł na elektrociepłownię, bo była to przestrzeń najbardziej pasująca na jego prezentację, od tego też filmu zaczęliśmy budować program. Zanim udało nam się zainteresować elektrociepłownię minęło półtorej roku, albo nawet dwa lata. Elektrociepłownia była trudnym miejscem do przeprowadzenia tej akcji, ponieważ jest to zakład strategiczny i przede wszystkim zamknięty dla osób z zewnątrz. Gdyby nie wejście elektrociepłowni na giełdę, przeprowadzenie tej akcji byłoby  nie możliwe. Do tej pory takiego wydarzenia się nie udało tam przeprowadzić. Owszem były tam realizowane jakieś materiały filmowe, były kręcone teledyski, między innymi Hurt, czy LUC coś tam robili. Miejsce to stanowiło tło do realizacji produkcji filmowych, oprócz tego raz w roku elektrociepłownia robi dzień otwarty dla ludzi, którzy chcą obejrzeć jej wnętrze od środka, ale to wszystko.

AJ: Pozwól, że ci przerwę: to była Twoja idea,  zacząłeś od filmu, film się pojawił, zaangażowali się w to artyści, którzy byli głównie Twoimi przyjaciółmi. Powiedziałeś, że na początku  nie miało to być wydarzenie cykliczne, a ja miałem na początku, jako obserwator  takie wrażenie, że mimo wszystko to będzie miało cykliczny charakter. Obserwując jak zbierasz ekipę, jaki jest dobór ludzi, jaki jest sposób systematycznego ułożenia tematu, miałem wrażenie, choć nie dzieliłem się swoim odczuciem, że od początku był zamysł pewnej cykliczności. Siłą rzeczy sam fundament był oparty na bardzo dziwnych założeniach, to jest moje odczucie, możemy o tym podyskutować…

AB: Bardzo dobrze, podyskutujmy.

AJ: To nie było działanie czysto, kuratorsko, artystyczne, że mamy pomysł, jest idea, która skupia wokół tego ludzi. Grono ludzi było już wokół Ciebie, był między innymi Rafał Zaremba, z którym robiłeś prezentowany wówczas film, byli też inni. Przyglądałem się temu wszystkiemu nie mając żadnych aspiracji ani możliwości artystycznego działania i kreacji, myślałem jednak koncepcyjnie i patrząc na wszystko z dystansu podejrzewałem mimo wszystko, że to będzie miało charakter cykliczności, i że będzie ewoluować. To było moje pierwsze spostrzeżenie.

AB: Jeśli chodzi o cykliczność no to powiem tak: zanim weszliśmy do elektrociepłowni, zanim nawet wręcz powstał  film, były już enklawy artystyczne, które się wraz z upływem czasu cementowały, zawiązywały się silniejsze, mocniejsze związki. Jak już mówimy o filmie, musimy powiedzieć o Job Karmie, musimy powiedzieć o Maćku Frecie i Aureliuszu Pisarzewskim. Zwłaszcza z Maćkiem pewne sprawy wcześniej wychodziliśmy, bo trzeba sobie zdać sprawę, że to nie była kwestia jednego telefonu, czy zaniesienia pisma, były to wręcz co tygodniowe wizyty, umawianie się i tak dalej. Osoby odpowiedzialne za organizacje działań promocyjnych z ramienia elektrociepłowni jednak trzymali nas.

PP: Może patrzyli na ile będziecie zdeterminowani na przykład?

AB: Tak. Być może też wiedzieli, że będą coś potrzebować. Ich to też trochę zaskoczyło, bo na początku myśleli, że będzie to jakaś wystawa, projekcja filmów, do końca też nie wiedzieli, co to będzie.

AJ: Wejdę może w słowo też.

AB: Proszę bardzo.

AJ: Słuchaj: dla mnie to jest oczywista sytuacja,  jako dziennikarz też jakoś z dystansu na to patrzę. Oni zobaczyli po prostu jakichś kolesi, którzy przyszli z innej planety. Zwróciliście się do nich z pomysłem takim, który po prostu był kompletnie w poprzek pewnych rzeczy, które oni tam robią. Pewnie z racji swojej dobrej woli i waszej konsekwencji się zgodzili, myślę jednak, że to było dla nich chodzenie po polu minowym. Zobaczyli ludzi, którzy mają jakąś wizję, która kompletnie się nie wpisuje w charakter tego miejsca. Zaryzykowali, super, szapo ba, ale myślę że to było takie dotykanie się jak obcego, w filmach science fiction.

Andrzej Mazur: Była mowa o cykliczności, ja też dostrzegłem pewną formę korespondencji pierwszego Rytuału z filmem, którego współtwórcą jest Arek. Film i wydarzenie znamionuje krytyczna wymowa. Rytuał to nie jest wydarzenie stricte rozrywkowe, które powstało tylko po to by zadowolić ludzi, podobnie film. Porusza się tu już jakiś społeczny problem. Rytuały dzielą się na poszczególne tematy, gdzie każdy z nich dotyka innego problemu w kontekście społecznym.

PP: Chciałbym jeszcze wrócić na chwilę do tej pierwszej edycji. Ona była trudna nie tylko z tego powodu, że w ogóle ciężko było wam tam wejść i zrealizować ten projekt, który też się chyba nie mieścił w podstawowych zasadach BHP, przebywania na terenie tego zespołu elektrociepłowni. Poza tym było to dwanaście lat temu i nie było łatwo o projektor, czy ekran. Kto wam w tym wszystkim pomógł, żeby to się udało?

AB: Przede wszystkim staraliśmy się przekonać osoby do podjęcia decyzji, poprzez nasze propozycje, że to będzie spektakl multimedialny, że postawiliśmy na nowa technologię. Ja wcześniej współpracowałem z WRO, stąd też tam się pojawił Paweł Janicki z pokazem kuratorskim z kolekcji filmów WRO. Pojawiła się ekipa, która zajmowała się transmisją internetową, była to w ogóle jedna z pierwszych tego typu transmisji. Akcji nie wspierała żadna instytucja, czy firma zajmująca się nowymi technologiami, współpracowaliśmy z firmą naszych przyjaciół, pasjonatów Rafała i Sebastiana Rucińskiego. Zajmowali się oni właśnie multimediami, przygotowywali całe opracowanie na dyskach, przygotowywali do tego strony. Niedawno się okazało, że te strony zostały odnalezione u kogoś.

 

AJ: Czyli jest archiwum internetowe?

AB: Tak, dysk – biały kruk jest w naszym posiadaniu i nie jest to dla nas w żadnym wypadku kompromitacja, technologie prą naprzód, to co było pięć lat temu w stosunku do dzisiaj może co najwyżej wywoływać uśmiech. Mieliśmy wtedy świadomość, że to będzie jedynie narzędzie, że korzystamy z pewnych dobrodziejstw technologicznych, natomiast samą ideą było to, że będziemy prowadzić transmisję. Sama baza artystyczna była oparta na klasycznych środkach, czyli grafika, animacja, czy bardzo ważny dla naszej akcji ogień, który miał spajać naszą wspólnotowość. Sama hala produkcyjna jest gigantyczna, osoby, które tam były po prostu zniknęły. Ogrom hali składał się z otwartej przestrzeni, rzędów przemysłowych antresoli, poziomy były chyba cztery, była to wysokość  dziesięciopiętrowego bloku, także kubatura olbrzymia. Ogień był w tym wszystkim bardzo widoczny, ale olbrzymi ekran, chyba największy w tym czasie we Wrocławiu wyglądał jak kartka papieru na sali gimnastycznej. Wszyscy byli w kaskach, większość uczestników ubrana była na czarno, czyli ten rytualny charakter był jakby zachowany (śmiech) , wszystko to dziś fajnie wygląda na zdjęciach i wtedy też robiło duże wrażenie.

PP: Huczało, dyszało…

AB: Tak, scenografia była przygotowywana przez dziesięciolecia, przez inżynierów, techników i architektów przemysłowych. Film, który tam się pojawił był krytyczny w stosunku do pędzących technologii, do uwikłania człowieka właśnie w te technologie. Tak naprawdę  czerwone światełko dla ludzi, którzy nas tam wpuścili to były publikacje w Gazecie Wyborczej, oni sobie wtedy tam zobaczyli, że to jest rzecz poważna, że tu będą kamery, że tu będą dziennikarze. Z Maćkiem Frettem byliśmy na takim spotkaniu, gdzie był prezes zarządu, sama góra się pojawiła, był gigantyczny stół konferencyjny, był projektor multimedialny, który wyświetlał rzuty przestrzeni. W ogóle spóźniliśmy się tam dziesięć minut, prezes zarzucił nam, że zaczynamy od spóźnienia, my oczywiście przeprosiliśmy, powiedzieliśmy, że zatrzymały nas bramki, dokumenty, identyfikatory i trochę nam to czasu zabrało. Na spotkaniu pojawiły się wszelkiej maści służby, od zakładowej straży pożarnej, po personel medyczny, które mieliśmy do wszystkiego przygotować jak się najlepiej da. Jeździliśmy więc wskaźnikiem po mapie, mówiąc że tu będzie performance ogniowy, na co strażak mówi, że absolutnie nie jest to możliwe, bo w pobliżu znajdują się jakieś łatwopalne zbiorniki. Wówczas prezes zapytał, czy możemy znaleźć jakieś inne miejsce, innego miejsca po prostu nie było, ogień musiał mieć większą przestrzeń. Otwartej przestrzeni za dużo nie było, bo wszędzie coś stało, więc powiedziałem, że nie. Prezes powiedział więc do strażaka: proszę tak zabezpieczyć teren, żeby to się tam po prostu odbyło. Naprawdę rzadko się spotyka tak sprawnie przeprowadzoną odprawę. Same konkrety, ściśle przydzielone działania, to jest w końcu maszyna, olbrzymi zakład, hierarchiczność , wszystko to nam pozwoliło zamknąć tę wizję artystyczną.

AM: Na filmie, który ilustrował relację z pierwszego rytuału widzieliśmy, że zarząd i kierownictwo było wręcz dumne z tego, że wydarzenie dzieje się na terenie elektrociepłowni. Czy było  wyraźnie wyczuwalne podczas prowadzonych rozmów, że może przyczyniają się do czegoś ważniejszego niż koncert, czy pokaz filmów?

AB: Mnie się wydaje, że byli w ogóle zaskoczeni i onieśmieleni, że tak jak powiedziałeś byli dumni, że chodzą dziennikarze, że wchodzą na giełdę że coś się dzieje, coś się świeci, jakieś ognie, stroje, ludzie, którzy zdyscyplinowani, chodzą w kaskach po wytyczonych drogach.

PP: Może się do tego stanu ich dumy się przyczyniliście, ale to nie jest dobre tak na marginesie. Kogeneracja nie była przecież sponsorem tej akcji.

AJ: Może jakiś związek  z tym wszystkim był, trudno powiedzieć, bo też pewnie jest tak, że oni się czegoś uczyli, mianowicie pracy ze szczególnie nietypowym środowiskiem jakim są artyści. Było wzajemne próbowanie się, pewnie jest też tak, że mieli trochę inne oczekiwania, że nie wszystkie przesłania wyłożone im tam wprost zrozumieli, bo tak jak powiedział Arek, ewidentnie to miało jednak znaczenie krytyczne, technologia nie była postawiona na świeczniku, raczej wzięta w nawias.  To był taki czas, na pewno sytuacja nie do powtórzenia, będę takiej tezy bronił, że nie do wszystkich miejscach, w których odbywał się Rytuał można powrócić, nie dlatego, że tam były zgliszcza i spustoszenie po tych akcjach, ale dlatego, że wydarzenia te były przygotowywane w taki sposób, że dojście było specyficzne i robione w naturszczykowski sposób Arek, bo z jakich doświadczeń czerpałeś wchodząc na teren elektrociepłowni? To była pierwsza duża firma strategiczna, do której skierowałeś swoje kroki, to był eksperyment, sama logistyka była eksperymentem, mówiłeś o tym spotkaniu, pierwszy raz dostałeś wskaźnik do ręki przed zarządem.

AM: Mnie się też wydaję, że jeżeli chodzi o samą warstwę idei wydarzenia, to jest to trochę paradoksalna sytuacja, bo maszyny przemawiają, wszystko się dzieje w przestrzeni, gdzie maszyna jest najbardziej obecna i to wszystko przestrzega, przed samą maszyną. Odniosłem  takie wrażenie, że tutaj relacja człowieka i maszyny odnosząca się w dużej mierze do telewizji czy mediów jako tego, co może nas nakierowywać w jednokierunkowy sposób na rzeczywistość przemawia niczym ostrzeżenie właśnie za pośrednictwem nie rozwiniętego jeszcze masowego przekazu internetowego.

PP: Pomyślałem, że trochę poskaczemy, że będziemy się przenosić w czasie z jednej edycji do drugiej. Druga akcja, która się mocno zaznaczyła w mojej pamięci to był wasz wyjazd do Czarnobyla. Chciałbym się czegoś o tym dowiedzieć, bo to jest dosyć niecodzienna wyprawa i dość niespotykana, też okoliczności tak zwanej przyrody, towarzyszące wyjazdowi były takie. Nie wiem, czy tam można sobie tak wsiąść w pociąg i  po prostu pojechać, zwłaszcza, że zabraliście że sobą kamery. Później pokłosiem tego wyjazdu był film, którego jednym z realizatorów był Andrzej Jóźwik.

AJ: W tych przygotowaniach jest zawsze taki element, że to nie jest relacja artysta, kurator, pomysłodawca, instytucja, gdzie wchodzi się w przestrzeń oswojoną, wszystko jest wiadome, gdzie druga strona mówi: ok, w porządku kolejna grupa artystów. Tak było w przypadku elektrociepłowni, tak było w przypadku Czarnobyla. Wyjazd do Zony wiązał się z tym, że Arek rzucił pomysł, chodził koło tego pomysłu rok z hakiem, kombinował, to było szukanie takiego wejścia w jakiś obszar, z pełnym ryzykiem, że coś nie wypali, taka terra incognita. Wyjazd na Ukrainę, wejście do Zony, próba zorganizowania  czegoś na tym terenie, to wszytko było trochę korespondencyjne, bo trzeba było znaleźć partnera  na Ukrainie. Może właśnie tu Arek coś opowie.

AB: Przede wszystkim idea oparta była na założeniu, że nie tylko będziemy realizować filmy, dokumentację, główna idea polegała na tym, że robimy koncert, prezentacje, działania artystyczne w Zonie w wymarłym mieście – chodziło konkretnie o Prypeć. Miał to być festiwal, czy spektakl multimedialny dla wymarłego miasta. Potrzebowaliśmy rozmawiać z telewizją, która była bardzo mocno zainteresowana, w rezultacie dochodziło do wielu spotkań. Wraz z intensywnością tych spotkań projekt się rozbudowywał, wraz z wizja artystyczna rozbudowywał się również budżet. Wozy transmisyjne, sprzęt nagłaśniający, wszystko to miało po prostu tam dotrzeć i miała być transmisja tutaj w telewizji. Balon napęczniał i pękł, kończymy wizję na papierze, wizję trzeba wcielić w życie. W międzyczasie dotarliśmy do takiej wiedzy, która pozwalała na to żeby tam wjechać. Trzeba teraz było załatwić samochód, kamery, znaleźć partnera po drugiej stronie. Tu nam pomogły technologie, bo dzięki internetowi i dzięki kontaktom internetowym dotarliśmy do biura, które w komercyjny sposób zawiadywało ekstremalnymi wycieczkami, bo tak to się nazywa. Jak już nawiązaliśmy kontakt, to trzeba było budżetować całą sytuację, oszacować ile osób może pojechać, czy nas będzie stać na nocleg, czy bierzemy dwie kamery, czy jedną, jakie kamery bierzemy, co robimy itd. Dzięki temu, że mogliśmy liczyć na pomoc Tatiany, która biegle rozmawia po rosyjsku, wiedzieliśmy, że już możemy się pokusić o dokument i dotrzeć do ludzi, którzy tam mieszkają.

AJ: Wiedzieliśmy, że w Zonie mieszkają ludzie, którzy nie chcieli stamtąd wyjechać. Mieszkają w takich warunkach, że raz na parę dni dojeżdża tam transport z żywnością, z podstawowymi, elementarnymi rzeczami. Ci ludzie żyją na tak zwanym wygnaniu, zawieszeni między dziewiętnastym, dwudziestym, a dwudziestym pierwszym wiekiem. Dzikie wioski w lesie ze szczątkową elektrycznością zamieszkują ludzie w średniej wieku osiemdziesięciu lat, którzy są zdani na łaskę państwa.

PP: Chyba nie skłamię, ale byłem chyba kiedyś w trasie koncertowej z niejakim Krisem, który był tam z wami i prowadził, czy dobrze mówię?

AB: Papa Kris, czyli kierowca Andrzej Kurzawski, to prawda.

AB: Wielkie Podziękowanie dla niego, bo sposób w jaki nas przetransportował tam i odtransportował, ułatwił przejazd przez granicę rozstrajając negatywnie do nas nastawionych celników, to po prostu szacunek, bo nikt nie byłby w stanie tego przeprowadzić w tak bezstresowy sposób. Klimat odpowiadał charakterowi Pana Andrzeja, czyli miłość muzyki reggae, miłość i pokój.

PP: Z kogo się składała wasza ekipa, czy to byli tylko realizatorzy, czy kamerzyści?

AJ: To wszystko też było na warunkach bardzo spontanicznych. Nic nie wskazywało na to, że będzie to aż tak wielkie przedsięwzięcie, jednak partner telewizyjny tak się nakręcił i zainteresował tematem, tak nakreślił wizję, że wyglądało to na naprawdę mega projekt. Okazało się jednak, że wszystko siadło, pozostała sama idea i determinacja ekipy - tak to ujmę w cudzysłowie. Byli operatorzy, ale nie operatorzy stricte telewizyjni, którzy jechali tam za wielkie pieniądze, nikt tam tak naprawdę nie funkcjonował w ten sposób. Byli to ludzie, którzy powiedzieli: ok, pojedziemy, fajnie, nam się to podoba.

AB: Tak, i to też nie było oczywiste, ponieważ dwóch operatorów zrezygnowało w międzyczasie.

PP: Przestraszyli się promieniowania może?

AB: Z promieniowaniem jest tak, że tego po prostu nie widać, gdzieś jednak funkcjonuje jako rzeczywiste w naszej świadomości.

AJ: Najlepsze thrillery są wtedy, kiedy się czuje, że jest jakieś zagrożenie, którego nie widać. Skrzypiące drzwi, to takie, zza których za chwilę wyłoni się koleś z siekierą. Podobnie jest w Czarnobylu, jest to wymarłe miasto, przestrzenie są opustoszałe, dookoła zardzewiałe konstrukcje, w blokach puste pomieszczenia, resztki jakichś rzeczy, szyby windowe, w których nie ma wind, czy drzewa rosnące na dachach. Chodzisz w śniegu, jest pusto, jesteś tam jedyną osobą, i masz wrażenie, że w tym właśnie miejscu może coś szczególnie promieniować, że akurat tu może być jakaś hałda popromiennych odpadów.

PP: Ile czasu tam spędziliście?

AB: To były trzy doby, w hotelu mieliśmy wykupione trzy wizyty.

AJ: Każdy wjazd władze ukraińskie traktują w sposób najbardziej możliwie merkantylny, wpuszczając takie ekipy jak nasza za pieniądze. Żeby wjechać trzeba mieć specjalną wizę, jest też przydzielony specjalny przewodnik, który wszystkiego pilnuje.

AB: To znaczy przede wszystkim mieliśmy nocleg w Kijowie, codziennie mieliśmy wykupiony ukraiński transport, ukraińskiego kierowcę, który się okazał na tyle zorientowany, że próbował nas pierwszego dnia przewieźć przez Białoruś, odbiliśmy się jednak od granicy ponieważ nie mieliśmy wiz. Straciliśmy w ten sposób jeden dzień i zostały nam dwa dni na realizację video. W związku z tym podzieliliśmy grupy, część grupy udała się do wiosek, które były wokół strefy, gdzie był realizowany przez Andrzeja Jóźwika dokument, druga ekipa realizowała video art. Mieliśmy aktora Artura Grochowieckiego – Grocha, były przygotowane przez Formalinę kombinezony. Mieliśmy trzech operatorów, realizowaliśmy materiał na dwie profesjonalne kamery i dwie amatorskie, większość z nas miała aparaty fotograficzne. Był to bardzo trudny materiał ze względu na śnieg.

AJ: Nie wiem, czy zwróciłeś na to uwagę ale to był moment zdania się na warunki, które tam są. Obydwie ekipy się rozstały, jedna została w jednym miejscu, druga pojechała w inne. Nie mieliśmy telefonów komórkowych, jedni byli zdani na drugich, bo czekali aż wrócą z objazdu. Była historia związana z alkoholem, z butelką wódki, która została w tym słynnym zdewastowanym basenie. Tam przed mrozem schroniła się jedna ekipa racząc się tą wódką, czekała kilka godzin, bo inna ekipa się po prostu zgubiła. Wyobraźcie sobie takie wielkie blokowisko, Kozanów razy dwa, małe miasto, więc my  już wewnątrz swojej ekipy się w pewnym momencie pogubiliśmy. Każdy sobie coś tam próbował filmować, ktoś się zaangażował mocniej więc został, reszta ekipy poszła go szukać, był totalny chaos. Jeśli chodzi o kwestie video art, to byliśmy kompletnie nieprzygotowani i bardzo dobrze, że byliśmy nieprzygotowani. Nie wiedzieliśmy czego się spodziewać, co tam zastaniemy, jakie będziemy mieli możliwości realizacyjne. Mieliśmy wizję, by pokazać świat po zagładzie i wymarłe miasto. Chodziło o to, by pokazać pewną impresję na ten temat. Tu bardzo ważna rzecz: z pomocą przyszli nam przypadkowo moskiewscy graficiarze, którzy zostawili ślad po swojej twórczości – czarne cienie na ścianach i murach. Stworzyliśmy kreacje z czarnych kombinezonów, przybyszów odwiedzających wymarłą ziemię, które wchodziły w interakcje z ich pracą. Zdjęcia, które skończyliśmy połączyliśmy potem z animacją

AJ: Jest fajny motyw w filmie, że postać, która jest na murze nagle ożywa.

AB: Te postacie są nie tylko na zewnątrz, ale też w środku. Jest na przykład cień dziewczynki, która próbuje wcisnąć guzik do windy, której nie ma, jest postać w basenie.

AM: Czyli ta elektrownia jest teraz kompletnie opuszczona?

AJ: Tam są ludzie, którzy pracują. Ktoś musi pilnować tego sarkofagu zrobionego z płyt, którymi obstawiony jest rozwalony reaktor. Fajne wrażenie było, gdy byliśmy pod samym sarkofagiem, rozmawialiśmy z obsługą, która musi go pilnować, tam cały czas się pilnuje żeby z tego sarkofagu nic nie wyciekało, żeby nie było promieniowania. Gdy byliśmy blisko, jedna z kobiet - która nas oprowadzała na miejscu, gdzie jest nawet punkt widokowy, w którym można na chwilę reaktor pooglądać - mówi, że ludzie wchodzą tam na kilka minut żeby popracować, i my słyszymy w tym momencie, że gra radio. Jakiś robotnik ukraiński sobie pracuje i jak gdyby nigdy nic umila sobie czas, odpalone radyjko i sobie gwiżdże. Absurd, bo z jednej strony my ciągle mający odczucie presji, że istnieje zagrożenie popromienne, wjeżdżamy i wyjeżdżamy z tej Zony przechodząc przez specjalne urządzenia, które sprawdzają, czy nie mamy jakiegoś materiału na sobie i koleś za betonami, którego nie widzimy sobie na luzie gwiżdże.

AB: Była też ciekawa makietka elektrowni, a w zasadzie ruiny po eksplozji, z której małe żołnierzyki gdzieś tam sobie uciekają, fajnie to wyglądało i robiło wrażenie.

AM: Spaliście w hotelu, nie kusiło was żeby przespać się na terenie elektrowni?

AJ: Była taka propozycja. Nocleg w Zonie kosztuje sto dolarów.

AB: Jak jechaliśmy to nie zdawaliśmy sobie sprawy jaki rodzaj prewencji będzie nam towarzyszył. Generalnie całe miejsce nie jest fajne, tam nie ma przyjemności przebywania. Jest ciekawie przez jakiś czas, ale na dłuższa metę to miejsce przygnębia. Widzisz miasto, które jest totalnie wymarłe, wyczuwasz jakiś rodzaj apokalipsy, jakiegoś końca. Kiedy spoglądasz na naszą architekturę, widzisz, że są jakieś kolory, na ulicach są dźwięki. Tam nie ma nic. Jest szaro, jest cisza, są olbrzymie przestrzenie, jest głucho, istnieje rodzaj pewnej klaustrofobii tego miejsca.

AJ: Sami Ukraińcy mają plany żeby w miejscu, jakim jest Zona zrobić puszczę. Do Zony dopisana jest nowa historia, bo to miejsce jest zamknięte od osiemdziesiątego szóstego roku, żyją tam ludzie, którzy wrócili bo nic innego nie mogli robić. Nie chciano ich w innych miejscach, są traktowani jak umierające plemię. Jednocześnie też jest to miejsce zasiedlane przez ludzi uciekających przed prawem, czyli wszelkiego rodzaju niebieskie ptaki i bandziory. Przed wjazdem do Zony jest szlaban, żołnierz z bronią, jest tablica ze zdjęciem uciętej głowy, bo znaleziono tam zwłoki kogoś zamordowanego. Teraz my tam wjeżdżamy, zostajemy na kilkanaście godzin, rozchodzimy się, nie mamy ze sobą kontaktu, były z nami dziewczyny, była Tatiana, Ania Frett żona Maćka Fretta, dzielimy się na ekipy, i nie jest tak, że dodajemy sobie animuszu i żartujemy, czy coś bagatelizujemy. Jest pewna dwuznaczność w miejscu, które wydaje się być kłopotliwe. Nie wiem, czy wy zrobiliście to samo, ale ja swoje ubranie, które miałem wówczas na sobie wyrzuciłem do kosza, pomimo tego, że nie było zagrożenia, że jest napromieniowane. Wiem natomiast, ze przywieźliście słoik z grzybami.

AB: To był prezent od jednej z kobiet, które były odwiedzane przez ekipę Andrzeja. A propos ubrań, to pamiętam, że mieliśmy w samochodzie pod nimi ukryte drogie kamery, za które nie zapłaciliśmy cła, mogliśmy je więc w każdej chwili stracić. Kiedy podczas kontroli pytano nas co to za ubrania, które były właściwie kostiumami, mówiliśmy, że to są kombinezony, które chroniły nas przed promieniowaniem, bo byliśmy w Czarnobylu. Celnicy słysząc to puszczali nas od razu zaprzestając dalszej kontroli. Pamiętam, że miałem stres, bo to były cyfrowe kamery, za wypożyczenie których podpisaliśmy czek In blanco na dwieście tysięcy złotych.

AJ: Tu kolejny wątek, że jest pewien element nieprzewidywalności w tych wszystkich działaniach, że jest to zawsze jakaś przygoda wokoło tej historii artystycznej. Gdyby nie pewnego rodzaju zaufanie i poczucie zżycia, które latami się nawarstwia w ogóle w takie plany bym nie wchodził, bo one są wariackie. Jedna z osób, nie będę mówił kto, wjechała bez pokazywania się celnikom, bo zaspała i o niej zapomnieliśmy. Przy granicy kontrola zorientowała się, że jest jedna osoba więcej niż powinno być, był jakiś problem, ale na szczęście wszystko dobrze się skończyło. Element nieprzewidywalności był zawsze w rytuale obecny.

AB: Nie tylko ta edycja miała zresztą znamiona jakiegoś ryzyka. Była na przykład akcja Pontona, która się nie odbyła.

PP: Zarejestrowałem w zasadzie takie dwie akcje z Pontonem. Pierwsza była w czasie rytuału szóstego, druga podczas ósmego w Parku Szczytnickim.

AB: Jacek jest zawsze mile widziany na naszych imprezach, bardzo często z nim współpracowaliśmy na wielu płaszczyznach. Poza tym co tu ukrywać, Jacek jest legendą Wrocławskiego undergroundu, miło nam go zawsze gościć, on sam pozytywnie odpowiada na propozycje uczestnictwa w naszych akcjach. Poza tym jeśli chodzi o udział Jacka, a właściwie Yoli Ponton, to należy powiedzieć, że Yola jest artystką nieprzewidywalną. Wszyscy uczestnicy Rytuału trzymali się zwykle jakichś ram, ale akurat jeśli chodzi o Yolę, to zmienia ona dosyć często koncepcję, o czym się dowiadujemy na przykład w dniu imprezy. Jest to jednak wszystko na tyle sprawne, ze nie robi to nam jakichś przykrych sytuacji. W rytuale dla mediów w przejściu przy ulicy Antoniego, Yola zażyczyła sobie na przykład basen, który oczywiście został zakupiony dla celów akcji. Pamiętam, że wówczas służby zainterweniowały, Yola została przewieziona na komendę, bo performance został odebrany, jako zakłócenie porządku.

AJ: Ja osobiście postawiłbym się tu w roli adwokata ochroniarzy, czy ludzi pilnujących porządku. Teren nie do końca zabezpieczony, jakaś dziura z wodą, roznegliżowany człowiek o dziwnej godzinie, pogoda nie sprzyjająca, listopad, pierwszy śnieg, nagle facet, który pilnuje tego terenu widzi dziwnego osobnika, który się zbliża, gdzie jest to teren budowy. Ostatecznie działanie artystyczne przeszło na plan dalszy, bo performance w zasadzie się nie odbył, nie ma się co jednak tym służbom dziwić. Działania Yoli zawsze były na granicy.

AM: Osobiście myślę, że performance nie można oprzeć na pełnym zaufaniu, bo w jego trakcie może wydarzyć się wiele.

AJ: Miałeś to doświadczenie podczas zakopywania Yoli prawda?

PP: Tu jesteśmy na chwilę przy ostatniej edycji rytuału, gdzie był pogrzeb Yoli

AB: Pierwotnie performance nosił tytuł „mgła” ale jako, że mgła ostatnimi czasy tak pospolicie unosi się nad naszym krajem, Yola postanowiła się z tematu wycofać i postanowiła się unicestwić.

AM: Przypadła mi „przyjemność” zakopania Yoli, wspomniałem, że nie można działań performance oprzeć na zaufaniu, i że może się wydarzyć wiele. To wydarzenie było znamiennym tego przykładem. Yola mogła zasłabnąć, umrzeć i wtedy byłbym współwinny śmierci.

PP: A jak to wyglądało w praktyce, Yola miała pod ziemią dostęp do powietrza?

AM: Miała, ja o tym wiedziałem. Była tam rurka wystająca z ziemi, przez którą Yola oddychała.

PP: Była rozebrana, czy odziana w coś?

AM: Była w samych majtkach. Nie mogłem sypać za mocno ziemią żeby Yoli nie było za ciężko oddychać. To bardzo osobliwe doświadczenie, bo zakopać kogoś żywcem to niecodzienne uczucie, warto też dodać, że był wieczór. Szczerze mówiąc idea rytuału strachu miała wówczas ścisły związek z moim stanem wewnętrznym.

AB: Tak naprawdę performance był podzielony na dwie części. Z jednej strony Yola pod ziemią, która nie wiedziała co się dzieje na powierzchni, z drugiej ludzie, którzy nad grobem śpiewali pieśni żałobne. Generalnie zachowana została powaga sytuacji.

AM: Rozśmieszyła mnie też sytuacja kiedy wiedząc ile ziemi i jak mam sypać, nagle Arek podchodzi i mówi po cichu: syp, syp, mocniej, dawaj (śmiech).

PP: Słyszałem, że sama akcja wywołała tez mieszane uczucia u niektórych. Podobno przyszła jakaś starsza osoba, której skojarzyło się to ze śmiercią syna i była tym wszystkim poruszona. Chciałem też zwrócić uwagę, że była to chyba pierwsza akcja w tym parku. Skąd pomysł na Park Szczytnicki?

AB: Pierwsza koncepcja opierała się na lesie, park nie był miejscem docelowym. Ze względów organizacyjno – logistycznych zdecydowaliśmy się jednak na to miejsce. Cała wizja była budowana pod las, miała być duża przestrzeń dzielona przez pionowe linie drzew. Pierwotnie mieliśmy na myśli Las Osobowicki, było jednak za daleko więc zaczęliśmy się zastanawiać nad miejscem zastępczym.

AJ: Tu znowu jest historia, która mnie się bardzo podoba, tzn. zderzenie artysty z instytucją. Są działania, które są na granicy zdrowego rozsądku i jest instytucja, z którą trzeba w naprawdę umiejętny sposób budować zaufanie. Trzeba dojść do takiego kompromisu, żeby oni zgodzili się na realizację naszych działań. To nie jest galeryjne wejście, czy oprowadzanie przez przewodnika, jest to rodzaj działań wymagający aranżacji przestrzeni otwartej, nieogrodzonej, publicznej i trudnej do upilnowania. Trzeba przekonać drugą stronę, że miejsce zostanie takie, jakie zostało zastane, i że nie zostanie tam pogorzelisko.

PP: Artyści też musieli być chyba uprzedzeni, że jakaś praca może zginąć, że to nie jest miejsce, które można w pełni upilnować prawda?

AB: Tak. Artyści doskonale wiedzieli w jakich warunkach odbywa się wydarzenie, wiedzieli, że w każdym momencie coś może zginąć, byli co do tego uprzedzeni. My oczywiście dokładaliśmy wszelkich starań żeby nic takiego się nie stało. Była to o tyle fajna przestrzeń, że park nie był na przypadkowym szlaku. Pamiętam, że przy pracy Jacka Zachodnego medytowała i spotykała się młodzież. Był niesamowity klimat przy jego voodoo patriotycznym ołtarzu, było medytacyjnie, był stan skupienia, smakowania przestrzeni, która była w centrum trzech rozłożystych drzew, oświetlonej przez lampki, znicze i kadzidła. W miasto poszła fama, że jest miejsce, gdzie pojawiły się różne, dziwne instalacje. Był ptak z padliną Kosałki, czy cmentarz krasnali Petluka. Należy powiedzieć też, że nie był to zbiór przypadkowych prac, każda była tematyczna, każda miała się odnosić do mroczności i niepokoju. Wszystko to w nocy nabierało zupełnie innego kształtu.

PP: Był też wykład Profesora Bednarka, wiem, że to nie jest wasz pierwszy kontakt z autorytetem uniwersyteckim. Przy okazji trzeciego rytuału robiliście wywiad z Profesorem Zygmuntem Baumanem.

AJ: Każdy rytuał ma jakiś konkretny motyw. W przypadku Baumana był to kombinat zagłady i temat holocaustu. Bauman poświęcił zresztą temu tematowi książkę „Nowoczesność i Zagłada”. W tym przypadku była to znów próba zderzenia się z czymś nieoczywistym, zrobimy wywiad z Baumanem ale jak? Bauman siedzi w Anglii, jest to niełatwe. Tutaj też znamienna rolę odegrały zabiegi Arka, związane z próbą dotarcia i bezpośredniego kontaktu. Druga strona, jak służby w Czarnobylu, jak Zieleń Miejska zwykle o nas myślała: co to w ogóle za ludzie, co oni chcą? Podobnie było w przypadku Baumana. Miejscem spotkania był Poznań. Wybraliśmy przestrzeń, jaką była synagoga zamieniona na basen miejski. Bauman siedział na plastikowym, plażowym foteliku i przy falującej wodzie opowiadał o holocauście. Kamera, która to nagrywała była wykorzystywana do nagrywania wesel, chrzcin i parapetówek, mikrofon dętką przymocowany do kija. Totalna partyzantka. Profesor siedział z fajką i rozmawiał na takim poziomie, jakby był to wywiad dla telewizji ARTE albo BBC. Ten człowiek wiedział, że ktoś o godzinie X podejdzie po niego do hotelu, zabierze w jakieś miejsce i przeprowadzi rozmowę. Nigdy nas wcześniej nie widział, nie wiedział kim jesteśmy. Wiele razy go obserwowaliśmy, czy to podczas wywiadów, czy wykładów, podczas rozmowy z nami trzymał dokładnie ten sam poziom. Bezpretensjonalne podejście do audytorium. Bardzo fajna historia, sposób w jaki nas potraktował świadczy tylko o wyjątkowości tego człowieka. Mam tylko pewien żal, że wywiad leżał do tej pory gdzieś na półce, że nie potrafiliśmy do tej pory tego lepiej wykorzystać, wydać, czy opublikować. Spotkanie z Baumanem potwierdziło to, że pewne nasze intuicje związane ze współczesnością się potwierdzają. Naprawdę niewiele potrzeba żeby ten sam mechanizm, który był związany z holocaustem w odmiennym kontekście z powrotem uruchomić. Uważam, że ocena współczesności w kontekście dramatu, jakim był holocaust jest nadal aktualna. Z jego myśli płynie ostrzeżenie, że należy krytycznie patrzeć na świat, być ostrożnym wobec tego co się dzieje, bo mechanizmy, które mogą ponownie uruchomić machinę zagłady są ciągle obecne.

AB: Na razie dokumentacja jest rozproszona po różnych domach, trzeba to wszystko teraz zebrać i uporządkować. Są prowadzone rozmowy z Ritą Baum żeby wydać ten materiał, mamy nadzieje, że do tego dojdzie.

AJ: Wszystko jest rozproszone, bo to jest też konsekwencją tego, że Rytuał nigdy nie był dopięty na ostatni guzik.

AB: Wątek, czy element spontaniczności jest nieustannie obecny. Najnowszy Rytuał, który ma mieć miejsce w maju, też do końca nie wiadomo, czy się obędzie w maju, też do końca nie wiadomo, gdzie się odbędzie. Cały czas pewne rzeczy są płynne, nie ma ustalanych lokacji, wszystko nieustannie dojrzewa. Są podejmowane pewne decyzje, które są weryfikowane przez rzeczywistość, która w zdecydowany sposób często odcina nasze wizje.

AJ: Znowu pewnie będzie tak, że będzie szukanie takich lokalizacji, które są nieoczywiste. W ramach Rytuału były prowadzone takie działania, które nie działy się w przestrzeni galeryjnej. Oczywiście zdarzały się wystawy w takich miejscach, ale raczej na zasadach ułamkowych, była Entropia, było Mieszkanie Gepperta, BWA, ale to wszystko w wąskim zakresie.

AB: Często wchodzimy w miejsca, w których artysta nie jest mile widziany.

AJ: Oczywiście z szacunkiem dla gospodarza tego miejsca, bo nasze działania nie miały nigdy takiego wymiaru, że trzeba było po nas sprzątać, że zostawiamy niesmak, że ktoś pada ofiarą manipulacji. Nigdy nie było takiej sytuacji, że kosztem osiągnięcia stu procentowego efektu będzie zerwanie relacji z gospodarzem miejsca, w którym się dzieje wydarzenie. Uważam, że nie jest konieczne żeby sztuka współczesna i krytyczna potrzebowała jakichś zakładników sytuacji, niezależnie, czy mówimy o Synagodze, Elektrociepłowni, Zieleni Miejskiej, czy Kościele św. Marii Magdaleny. Myślę, że artysta, który próbuje jakoś zmagać się z rzeczywistością, nie zawsze musi robić kontrę, która zostawia za sobą  spaloną ziemię. Wychodzę z założenia, że trzeba tak w pewną przestrzeń wejść, żeby pokazać, że jest to możliwe, ale w taki sposób, żeby ktoś inny też mógł do niej powrócić.

AM: Mnie się wydaje, że ze sztuką krytyczna jest ten problem, że ludzie odbierają ją w ten sposób, że ona powstaje po to żeby szokować, żeby pokazać coś kontrowersyjnego, czy tak jak Andrzej mówiłeś o kontekście odmienności miejsca, że jest po to, by funkcjonować w kontekście jakiejś niespodziewanej przestrzeni. Przede wszystkim jej funkcją powinno być sprowokowanie do myślenia, do tego żebyśmy sami też poczuli potrzebę woli przemiany tego co artysta podjął jako problem. Myślę, że sztuka powinna mieć ludzki wymiar, jeśli ma trafić do człowieka to musi przemawiać  ludzkim czytelnym językiem, nie tylko szokiem.

PP: Często się jednak zdarza, że artyści przemawiają językiem szoku. Myślę, że jest to też potrzebne po to, by zwrócić na problem uwagę.

AM: Oczywiście. Uważam jednak, że nadrzędnością w tym wszystkim powinien być jednak przekaz, treść, coś co bezpośrednio sprawi, że o problemie pomyślisz, że może swoimi decyzjami i postępowaniem  będziesz dążył do tego żeby coś zmienić na lepsze. To bardzo ważne.

AB: To jest fundament Rytuału, zawsze jest tu jakiś rodzaj edukacji, skłonienia ku refleksji, ja osobiście też jestem bardzo daleki od robienia sztuki, która ma szokować. Obserwuję wielu artystów, którzy nie mówią o ideach, mowa tylko o skandalu. Na wernisaże często przychodzą ludzie, którzy ani nie są zszokowani, ani niczego więcej się nie dowiedzieli, dostrzegają natomiast element szoku, jako element nie do końca zgłębiony, nie poddany refleksji, element, który jest przedmiotem publicznej dyskusji. To tak jak z tekstem piosenki Tymona Tymańskiego „Dymać orła białego”, gdzie tak naprawdę ludzie nie wiedza o co chodzi w tym tekście, nie znają kontekstu w jakim tkwi Tymon.

PP: Ja bym chciał tak na chwilę z innej beczki. Niewątpliwie jednym z ważniejszych wrocławskich akcentów muzycznych, albo wręcz w ogóle jednym z ważniejszych wydarzeń muzycznych w ciągu dwudziestu lat, był koncert zespołu Residents, który się pojawił przy okazji siódmej edycji Rytuału. Większość populacji nawet nie zna twarzy tych osób, jak się wam udało ich zaprosić i jak wyglądało samo spotkanie?

AB: Fenomen tego zespołu polega na tym, że sami organizatorzy, w tym wypadku między innymi Maciek Frett, który zajmował się ich zaproszeniem do Wrocławia też do końca nie wiedzieli z kim mają do czynienia. Były podpisywane umowy z przedstawicielem, z agencją i naprawdę nie jest tak, że na użytek medialny podtrzymuje się aurę tajemniczości, jest to od początku do końca konsekwentne działanie artystyczne. Nie było oficjalnego przywitania. Na czas prób miało nie być nikogo, była tylko jakaś osoba, która przynosiła kanapki, za które teraz musimy zwracać pieniądze, bo się okazuje, że catering to nie wyżywienie (śmiech). Jesteśmy ekipą, która respektuje pewne ustalenia, gdybyśmy mieli mentalność paparazzi, i chcieli zrobić sobie zdjęcia z Residentsami, to pewnie by do tego doszło. Przecież to nie są ludzie, którzy chodzą w kapturach na głowie, czy workach foliowych, jeśli jednak jest aura wokół zespołu, to niegrzecznie by było gdybyśmy się przyczyniali do ich demaskowania.

AM: To chyba jedyna tak znana grupa, która do dziś występuje bez tożsamości osobowej, zabawna sytuacja, bo spotkałem się kiedyś z ludźmi, którzy powiedzieli, że nie pójdą na koncert, bo to już nie ten sam skład, co oryginalnie (śmiech)

AB: W ramach naszej współpracy na pewno pojawi się odrębny tekst na temat Residents, także myślę, że tematu nie ma co za bardzo rozwijać.

AJ: Może jednak to rozwiniemy, powiedz Arku, pojechaliście po nich na lotnisko i kto wysiadł? (śmiech)

AB: No wiesz: osiem osób (śmiech).

PP: Rytuał „Recesje” to była też niespotykana kolaboracja, wzięliście dziesięciu poetów, dziesięciu filmowców, dziesięciu muzyków. Całość stanowiła zderzenie odrębnych jakości, czym się kierowaliście przy doborze artystów? Opowiedz proszę Arku coś więcej o tej akcji.

AB: Sama idea miała w sobie znamiona poważnego eksperymentu. Było to typowo dadaistyczne. Spotykają się ludzie o różnej wrażliwości, czy metodzie pracy. Spoiwem dla wszystkich działań był kryzys i to, jak ludzie postrzegają to na własnym podwórku. Tu znowu ciekawa historia z Rytuałem, że kiedy realizujemy pewien temat, to po pewnym czasie staje się on problemem bardziej rzeczywistym i przerabianym przez media. W tym przypadku było podobnie. My zareagowaliśmy na kryzys w momencie kiedy w Polsce w ogóle jeszcze nie mówiono na ten temat, pojawił się gdzieś w Stanach Zjednoczonych, ale wtedy myślano o nim w takich kategoriach, ze pęknie jakaś bańka, odczuje go parę korporacji i to wszystko.

AJ: Chcę powiedzieć, że nie jest też tak, że siedzi kilku kolesi i mówi:  jest kryzys to zrobimy teraz coś o kryzysie. Nie! W Rytuale jest zawsze krytyczne nastawienie do rzeczywistości. Gdy zaczęła być mowa o wzroście gospodarczym, kredytach, bumie na franki szwajcarskie, nagle na zachodzie pojawił się sygnał o upadającym banku, to wtedy z naszym nastawieniem krytycznym się tego złapaliśmy. Uświadomiliśmy sobie, że ten cały piękny system ekonomiczny jest budowlą, która może runąć, właśnie moment pęknięcia czegoś w tej budowli stanął się przyczyną naszego działania.

AB: To też jest jedna wspólna część, że wszystkie tematy Rytuału są związane z jakimś kryzysem, i są to różnorakie fazy jego rozwoju. Raz jest w zalążku, raz się rozwija, raz jest to faza, w której się manifestuje w pełni.

AJ: Wspomnę tez o metodzie, którą wybraliśmy dobierając zespół artystów. Nie było to działanie mocno sformalizowane, tylko bardzo, jak Arek wspomniał dadaistyczne. Był to pomysł rozlosowania zespołów, które wspólnie pracują, jest celebracja momentu losowania, gdzie wybierany jest poeta, animator i muzyk. To jak losowanie grup EURO 2012, nie wiadomo do końca, czy nie wylosuje się grupy śmierci, gdzie w tym przypadku chodzi o to, że nie wiadomo, czy wszystko się zgra. Jest to w tym wypadku wielka niewiadoma, bo można było doprowadzić do współpracy ludzi, którzy nie mieli do tej pory chęci, czy woli żeby ze sobą pracować. Ważne w tej metodzie było jeszcze to, że punktem wyjścia jest tekst, na którym się pracuje, ale nie ma możliwości ingerencji w jego treść.

AB: Było to o tyle ciekawe, że o ile wiele mogło wskazywać, że znamienną rolę odegra właśnie wiersz, w praktyce okazywało się, że przeważyć może jednak forma. Tematem pewnej pracy była modlitwa, mocny tekst, wideo wyglądało tak, że kamera śledziła od dołu drogę linii telefonicznej, czyli rozmowa z Bogiem, ale co najciekawsze Hubert Iskrzyński spotkał się z grupa niepełnosprawnych dzieci, i te dzieci zaczęły recytować w chórze ten wiersz. Niosło to ze sobą niesamowity ładunek emocjonalny, było wystawione na ruchliwej ulicy Świdnickiej, gdzie stały makiety przypominające bankomaty. Każdy starał się zrozumieć co to jest, o co w ogóle chodzi. Bankomaty stały obok siebie, w każdym była umieszczona inna praca, z każdego wydobywały się inne dźwięki, widać było inne obrazy, tworzące pewien rodzaj chaosu. Samo losowanie wyglądało tak, że przywieźliśmy pralkę, w której wirowały kolorystycznie inne skarpety symbolizujące banknoty, gdzie potem podłóg wylosowanych kolorów ustalaliśmy grupy. Wszystko miało, jak powiedział Andrzej przypominać losowanie grup EURO. Potem zaczęła się praca, pod napisane wiersze robiliśmy video, a na końcu muzykę. Akcję wieńczył marsz poetów, gdzie zorganizowaną grupą poetycką chodziliśmy po lokalach, recytowaliśmy wiersze wśród zdezorientowanych ludzi, którzy nie wiedzieli o co chodzi.

AJ: Terror liryczny.

AM: To był Rytuał mający bardzo postmodernistyczną wymowę, na Świdnickiej stały bankomaty, które przemawiały spójną narracją, jednocześnie każdy z nich zawierał odrębną treść monadyczną. Struktura całego wydarzenia nie była jednorodna ale wielo kodowa. Myślę, że było to niezwykle bliskie postmodernistycznej formie wyrazu, która przez wielo kodowość się właśnie manifestuje.

AJ: Była też historia, która w pewnej mierze stała się już legendą, że podobno przechodził obok bankomatów Różewicz, który zatrzymał się, popatrzył i powiedział: nie rozumiem tego i w ogóle mi się to nie podoba. Po tych słowach obróciwszy się odszedł.

PP: Chciałem się was zapytać, która edycja podobała się wam najbardziej, czy też może co w rytuale  podobało się wam najbardziej?

AJ: Mnie podoba się cała ewolucja tego projektu. Od drobnej rzeczy, jaką była animacja z koncertem Job karmy, do rozwiniętego, dwunastoletniego cyklu artystycznego. Ponadto konsekwencja w wybieraniu miejsc nieoczywistych, miejsc trudnych. Ważną rolę odgrywa przygoda wiążąca się z aspektem anegdotycznym, praca w kolektywie, często w warunkach partyzanckich. Jeśli chodzi o walor artystyczny, związany z odbiorem, promocją i dotarciem do ludzi, to najbardziej mi się podobał Rytuał – Strach. Otwarta przestrzeń, otwarty dostęp, mam wrażenie, że była to jedna z ciekawszych edycji na wielu płaszczyznach, mająca bardzo kulturotwórczy wymiar.

AM: Jeżeli chodzi o samo przeżycie, to też Rytuał – Strach. W całości była to fantastyczna przygoda, spaliśmy  w namiocie w Parku Szczytnickim mając przy tym ochronę, ja obie noce Arek i Maciek po jednej. Performance z pogrzebem to jedno, ogół przeżycia wspaniałej atmosfery to drugie. Rytuał - Strach pokazał też coś o czym nie powiedzieliśmy, mianowicie, że jesteśmy niewolnikami słowa, ikony i symbolu. Mam na myśli pracę Arka z Hitlerami. Widziałem jak reagowali na tę instalację ludzie, wielu z nich mówiło: jak to może być, co to w ogóle jest? Fakt ten pokazuje, że jest liczna kategoria odbiorców nie potrzebujących świadomości przeżycia estetycznego. To kategoria ludzi przywiązana do pewnej postaci konstruktu społecznego, która nie jest skłonna do bardziej wnikliwej refleksji. To coś zbliżonego do tego, o czym wcześniej była mowa, że percepcja jest często nakierowana na skandal i nic poza tym. Jeśli chodzi o samą ideę, to myślę, że młodzi po stronie maszyn, czyli pierwsza edycja, zwracająca uwagę na relację człowieka i maszyny. Jeśli była mowa o tym, że Rytuał sytuuje się w różnych fazach rozwoju kryzysu, to myślę, że cały kontekst tego konkretnie Rytuału z każdym dniem nabiera coraz większej aktualności. Postawiony problem, a właściwie pytanie czy maszyna jest dla nas zagrożeniem, czy szansą, przybliża nas moim zdaniem coraz drastyczniej do odpowiedzi potwierdzającą pierwszą część pytania. Jeśli chodzi o tło mające rozwijać refleksję, to myślę, że Recesja. Jej idea skłania  ku aktywniejszym analizom życia społecznego i politycznego. Wydarzenie jest świetnym przyczynkiem do efektywniejszego pogłębienia wiedzy. Jeśli na przykład poruszeni jakoś przez festiwal sięgniemy po inne źródła wiedzy o kryzysie, dowiemy się, że jedną z przyczyn kryzysu była reforma emerytalna, implikacją tego z kolei może być fakt, że lepiej będziemy się przyglądać procesom politycznym, zaczniemy się wczytywać w ustawy, będziemy bardziej świadomymi obywatelami i może uwierzymy, że mamy w kraju na coś wpływ. Zaczniemy inaczej myśleć o ekonomii, zauważymy, że państwa wypuszczają obligacje, przez które ich zadłużenie się powiększa, w ogóle może dowiemy się czym są obligacje, poznamy wielorakie przyczyny kryzysu, czy wreszcie głosując będziemy w stanie dokonywać właściwszych i trafniejszych wyborów.

AB: Duży potencjał miała edycja Rytuał Mediów. Przeszkodziła nam co prawda troszkę pogoda, tym bardziej, że idea polegała między innymi na tym, że zmieniamy co chwilę miejsce. Był to w zasadzie spacer po różnych miejscach z mapą w dłoni. Impreza była bardzo trudna ponieważ spadł pierwszy śnieg.

AJ: Wejdę w słowo – kolejne nieoczywiste miejsce to koncert Vilgoć  w Empiku.

AB: Tak. Poza tym niecodzienna wystawa prac Antka Wajdy w barze Miś, gdzie był barszczyk czerwony zamiast wina. Jeśli chodzi o Antka, to wydaje się, że nie ma lepszego miejsca na wystawę jego prac, że jest to wręcz jego naturalne środowisko (śmiech). Wernisaż wyszedł naprawdę świetnie. Był jeszcze taki smaczek, że została wykupiona w rozgłośni płatna reklama, której nie było słychać, bo była zaszyfrowana. O godzinie szesnastej w Entropii Maciek Frett przebrany w kostium z symbolami masońskimi publicznie rozkodowywał tekst. Wszystko w sposób bardzo rytualny nawiązywało do teorii spiskowych, jakie się pojawiają w mediach. Finał był wspaniały, bo zagrała znana, reaktywowana polska grupa Reportaż, była Krew z kontaktu. Potencjał był duży, niestety nie dopisała frekwencja i myślę, że głównie przez wspomnianą śnieżycę, która wówczas pokrzyżowała nam plany.