PARK W STRACHU CZYLI RZECZ O RYTUALE Z DRESZCZEM

Rafał Jęczmyk

Miejscem akcji jest park. Nie byle jaki park, bo sam Park Szczytnicki, wizytówka i chluba Wrocławia. Miejsce pełne nie tylko rodzimej roślinności, ale i egzotycznych drzew, zdolnych wytrzymać nasz klimat. Jest tu Ogród Japoński – kawałek Kraju Wschodzącego Słońca na Dolnym Śląsku, obok jest multimedialna fontanna i Hala Stulecia. Idealny miejski azyl dla spragnionych przyrody, spokoju, powietrza znacznie czystszego niż to w centrum. Park Szczytnicki to idealne miejsce na odpoczynek. To ograniczona przestrzeń ujarzmionej natury, gdzie każdy powinien czuć się dobrze i bezpiecznie. No właśnie. I tu - jak w powiedzeniu – tkwi pies pogrzebany. Park jest tworem stosunkowo nowym, urbanistyczną koncepcją wymyśloną przez człowieka. Kiedyś był dzikim lasem, siedliskiem nieznanego, ale został ugładzony i wymodelowany. Przestał być niebezpieczny i stał się mieszczańskim symbolem zwycięstwa człowieka nad naturą, niedostępnością, ogólnie nad tym, co przez wieki budziło strach. Trywialnym i oczywistym – choć niezmiennie prawdziwym – jest stwierdzenie, że duża część naszej kultury to właśnie strategia ujarzmiania i kontrolowania przyrody, rugowanie z niej rzeczy niebezpiecznych, niewygodnych i budzących strach. Dzieje się to przede wszystkim w społecznej części ludzkiego bytowania, w jego technicznych i socjalnych aspektach. Coraz częściej jednak możemy zaobserwować towarzyszące im ciekawe zjawisko w sztuce – krytyczne teoretyzowanie na ten właśnie temat, na temat zwycięstwa człowieka nad natura i wyrzucenie z niej strachu i wszystkiego, co się z nim wiąże. Nasz wspaniały park jest namiastką lasu – a raczej lasem ugrzecznionym, pełnym równych, wymodelowanych grządek i trawniku, przyciętych krzewów i finezyjnie posadzonych drzew. Czy jest zatem możliwe działanie odwrotne, które może nie zamieniłoby fizycznej materii parku w las, ale przynajmniej uczyniłoby z niego miejsce, w którym znów można poczuć pierwotny lęk? W pełni raczej to nie jest możliwe do zorganizowania, ale – jeśli już zaistnieje potrzeba zadumy nad naturą strachu w jego wszelkich odmianach – to właśnie takie miejsce jest doskonałe, by na jego terenie podjąć się dokonania kulturowej analizy ludzkich obaw i fobii. Słynny reżyser teatralny i performer Massimo Furlan w swoim przedstawieniu You can speak, you're an animal zadał podobne pytanie – czy da się odwrócić proces separowania lęku od rzeczy, która wcześniej była jego źródłem. Reżyser wziął na warsztat motyw niedźwiedzia – zwierzęcia podziwianego i wzbudzającego strach już od czasów prehistorycznych. Ten symbol strachu i siły, pożądania i siły seksualnej, pierwotnie będący totemem dla wielu plemion i alegorią wojowniczości, stanowił obiekt pogańskich kultów aż do czasów średniowiecznych. I nagle nastąpiła zmiana jego statusu – obecnie sprowadzony jest do roli zwierzęcia cyrkowego i dziecięcej zabawki, maskotki i bohatera filmów animowanych. Właśnie ten paradoks stał się podstawą do powstania tego spektaklu, który jest analizą obu tych sprzecznych obrazów niedźwiedzia w kulturze – z jednej strony przerażającego i dzikiego drapieżnika, z drugiej stworzenia okiełznanego i ucywilizowanego.

Ósma edycja Rytuału, cyklicznego wydarzenia artystycznego, w całości została poświęcona właśnie kwestii strachu – zorganizowana na terenie tego wydartego naturze miejsca – spowodowała, że ten wspomniany już wcześniej pogrzebany pies zaczął wyć, strasząc weekendowych spacerowiczów. A wył na rożne sposoby – czasem cicho, prawie niesłyszalnie, czasem wręcz przeraźliwie, a czasem jego skowyt brzmiał jak pełen ironii śmiech. A to wszystko za sprawą rzeszy artystów, naukowców i szeroko pojmowanych ludzi kultury, którzy zostali zaproszeni do wzięcia udziału w tym trzydniowym przedsięwzięciu. Nie można powiedzieć, że tym gościom udało się ujawnić i przywołać strach we wszystkich jego smakach i kolorach, ale na pewno dotknęli zjawiska z wielu różnych stron i zaprezentowali jego rozmaite aspekty.

Rytuał został przede wszystkim pomyślany jako platforma dla artystów zaproszonych do wypowiedzenia się na dany temat. Poszerzenie grona tych osób o dziennikarzy, badaczy czy wykładowców znacznie poszerzyło jego horyzonty, stawiając też potrzebny intelektualny kontrapunkt dla artystycznego.

Od momentu oficjalnego rozpoczęcia imprezy można było zając się eksploracją najbliższego parkowego otoczenia, po którym rozsiane zostały przeróżne instalacje. Osoba postronna zbliżając się do miejsca Rytuału najpierw wchodziła w strefę rozwieszonych wszędzie tabliczek przygotowanych przez Pawła Jarodzkiego. Szereg nowych zakazów i nakazów wypełnił park: nie siadać, zabrania się spacerować po parku, zakaz czytania powieści pornograficznych w parku, należy siadać na trawie i wiele, wiele innych innych w tej samej manierze – często śmiesznych i absurdalnych. Siatka zakazów wisi nad nami wszędzie, wzbudzając niepewność co do słuszności naszego każdego ruchu, nawet w takim miejscu symulowanej swobody, jaką powinien być park. Kierując się dalej parkową alejką obok drewnianego kościółka, napotkać można było pracę Jerzego Kosałki Ten Strach. Nieuważni przechodnie zwracali najpierw uwagę na płaty lekko już nadpsutego mięsa, leżące pod drzewem obok ścieżki. Szukając powodu, dla którego się ono tu znalazło, pewnie spojrzeli na pokryte białym guano drzewo, by w końcu dostrzec siedzącego na jednej z gałęzi wypchanego, wyliniałego sępa, patrzącego z góry na spacerujących, jakby upatrując w nich kolejnej zdobyczy. Kilka metrów dalej multimedialna instalacja Marka Grzyba straszyła tekstem przesuwającym się po zawieszonych na drzewach mikro-ekranach. Teksty te były prawdziwymi relacjami przeżyć osób zaatakowanych na rożne sposoby w miejscach publicznych, w sposób dla nich nieoczekiwany i zaskakujący. Nasuwało się pytanie, czy jest jeszcze miejsce, w którym możemy czuć się bezpiecznie, skoro nawet w parku za drzewem może kryć się agresor, a w autobusie dewiant może nagle zacząć molestować kobietę? Czy możemy żyć już bez strachu w codziennych chwilach, podczas wyjścia do sklepu czy na zwykły spacer?

Na jednej z polan parkowych napotkać można było instalację Arkadiusza Bagińskiego zatytułowaną Ich habe Angst. Zmechanizowane sylwetki Hitlerów wychylające się zza drzew i bojaźliwie się za nimi z powrotem chowające też wydawały się pytać: kto się kogo naprawdę boi? Czy wciąż żyjemy okrucieństwami dokonanymi przez zbrodniczych dyktatorów, czy traktujemy ich postaci jako przeszłe obrazy historii? Patrząc na pewne zjawiska we współczesnej kulturze, w której nawet takie akty jak holocaust są przedstawiane w konwencji komediowej, a przesłanki kierujące Hitlerem humanizowane i uczłowieczane, można doznać ciężkiego pomieszania. Czy Hitler obecnie bałby się tego, że już nie jest straszny, a straszni jesteśmy właśnie my?

Pneuma to dzieło będące kolaboracją Industrial Art Kolektiv z Sebastianem Harmazym aka Vilgoć. Jedno z majestatycznych, rozłożystych parkowych drzew oplecione zostało siecią przewodów podłączonych do mikrofonów wyłapujących nawet najlżejsze poruszenie liści, a zestaw przesterów odpowiednio wzmacniał i zniekształcająca ich dźwięki. Czyste zetknięcie natury i cywilizacji. Dzięki postępowi technologii możemy poznawać nieznane nam wcześniej fakty i dzięki temu dokonywać nowych interpretacji otaczającego nas świata. Ciche i nieruchome drzewo nagle stało się pełne głośnej i niebezpiecznej obecności. To drzewo, które stało się niespodziewanie słyszalne w postaci syntetycznego ryku wydawanego przez zamplifikowanie szmeru płynących w nim soków.

Aga Jarząbowa w instalacji Zgaduj-zgadula zagrała z dziecięcym lękiem przed nieznanym. Co kryje się w plastikowym, gładkim białym pylonie, przypominającym nieco kształtem krzyż pokutny lub dawny drogowskaz? Żeby się o tym przekonać, należało samemu wsadzić do jego wnętrza rękę i rozpoznać to, co było w nim umieszczone tylko przy pomocy zmysłu dotyku. Krok pierwszy: przełamać się przed dotknięciem – dosłownym – nieznanego i ukrytego przed wzrokiem. Krok drugi – przełamać się przed reakcją wobec potencjalnych znajomych lub po prostu innych osób, kiedy już się rozpozna co kryje się w środku struktury – dużych rozmiarów gumowy penis. Można spróbować ratować się śmiechem i żartować z tego (a tak przecież o to łatwo, jeśli już chodzi o sprawy seksualne), można po prostu zacząć o tym dyskutować, próbując ukryć swój wstyd. Ta wielowymiarowa praca ujawniała kilka kolejnych kwestii na temat samej natury strachu, a także reakcji na niego.

Labirynt Piotra Jędrzejewskiego zapraszał do siebie radosnym powitaniem „Welcome”. Wchodząc w ten najprostszy z możliwych labiryntów, posiadający zaledwie dwa zakręty, budziła się ciekawość, co czeka nas przy wyjściu – wiszące nad instalacją ultrafioletowe jarzeniówki tylko ją wzmacniały. Niespodzianka czekała przy wyjściu, gdzie widniał znacznie mniej radosny napis, informujący, że właśnie zostaliśmy napromieniowani. Strachem napawa nas ślepe zaufanie do nauki, dające się wieść i czynić z nas króliki doświadczalne, często bez naszej wiedzy.

Robert Lenard w pracy zatytułowanej Henriette zagrał na naszych lękach związanych z konkretnym miejscem i jego przeszłością, przygotowując swego rodzaju olłtarzo-kapliczkę w starym, manierystycznym stylu. Historia okrutnej śmierci młodej dziewczyny w 1807 roku, zdaje się powracać w powieszonych na drzewie białych artefaktach. Tu mamy do czynienia z lękiem bardzo wyspecjalizowanym i podanym w określonej konwencji – mimo jego sztuczności wciąż działającym na wiele osób.

Paweł Luchowski kazał nam się zmierzyć z lękiem szczerego pola. Zachęcająca do odpoczynku i położenia się na niej parkowa polana, została pokryta przez niego dziesiątkami sztucznych odchodów, ludzkich i zwierzęcych. Praca u wielu wywoływała uśmiech choć wskazywała też na związki obrzydzenia ze strachem.

Instalacja Agnieszki Magerle to obrazowe przedstawienie konkretnych fobii. Pajęczyna z wizerunkami ludzkiego oka opatrzonymi kulturowymi nazwami poszczególnych irracjonalnych lęków, zwracała uwagę na ontologiczne miejsce strachu, jako odruchu kierującego nami, często ratującemu życie czy skórę.

Darek Orwat w specyficzny dla siebie, humorystyczny sposób podszedł do zagadnienia: umieszczony na drzewie przycisk zachęcał niespodziewającego się niczego spacerowicza do jego naciśnięcia. Przychylenie się do tego nakazu uruchamiało Bestię z Parku Szczytnickiego – ukrytego wśród trawy mechanicznego stworka, który raczej wywoływał salwy śmiechu swoją toporną budową i oczami z piłek pingpongowych huśtających się na sprężynach. To już nie te czasy kiedy baliśmy się kniei i zamieszkującego ją zwierza. Teraz w parkach mamy takie strachy, na jakie sami zasłużyliśmy. I może właśnie tego powinniśmy się zacząć obawiać?

Sergij Petluk ze swoim Cmentarzem dla krasnoludków stworzył działo intymne i skłaniające do zadumy. Ukryte w kępie krzaków miniaturowe macewy budziły jednocześnie sympatię i rozczulenie, ale strach przed zapomnieniem o śmierci. W czasach agresywnego marketingu, który dotyka nawet cmentarze, powoli przestają być one miejscami kontemplacyjnymi, jakimi powinny być. Także żydowskie konotacje, nasuwające się przez określony kształt nagrobków, ostrzegały przed stopniowym usuwaniem z pamięci historii i jej mrocznych aspektów.

Jacek Zachodny przygotował niezwykle sugestywny Narodowy Ołtarz Voo Doo – w pustej przestrzeni pod drzewem zbudował prymitywistyczny, bogaty w szczegóły ołtarz z artefaktami stanowiącymi odniesienia do większości naszych polskich obsesji, stereotypów i leków. Zdjęcia papieża sąsiadowały tam z pustymi butelkami po alkoholu, zabawkowy samolot zatopiony w akwarium stał obok zdjęć przedstawiających modelki ze zwierzętami obdartymi ze skóry. Na szczycie ceglanej budowli tkwiła jak totem metalowa głowa bez twarzy, nad którą kołysał się monstrualny plaster miodu. A to wszystko przy zapachu licznych kadzidełek palących się pękami. Egzorcyzmować nasze narodowe strachy możemy nie tylko zgodnie z obowiązującą religią, niezależnie od wyznania nasze pełne przesądów społeczeństwo bać się będzie czegoś zawsze i zawsze będzie poszukiwać irracjonalnych tego przyczyn.

Igor Wójcik postawił na prostotę. Wkopane w ziemię wąskie płaty luster nazwane Zwierciadłem strachu, okłamywały naszą percepcję. Odbijająca się w nich trwa symulowała to, co znajdowało się za nimi. Naturalna perspektywa została załamana, gdy już z daleka było widać, że „coś nie tak jest z tym miejscem”.

Krotochwilny Antek Wajda zaszokował swoimi pluszowymi misiami uzbrojonymi w noże, goniącymi i masakrującymi inne zabawkowe zwierzątka. Zakrwawione zęby niedźwiadków, urwane kończyny czy pluszowe ciałka wkopane w ziemie znów pokazywały jak bliskimi reakcjami jest przerażenie i śmiech.

Bardzo intymna i wręcz trudna do zauważenia instalacja Marcina Wiktorskiego kierowała nas ku ziemi, do pustego kanału ściekowego, oświetlonego od wewnątrz jedynie wątłą, bladą żarówką. Tam, na umieszczonej na dnie przysypanej kamieniami fotografii, można było coś dostrzec, coś na granicy percepcji, coś w wyraźny sposób organicznego. Prawdziwa egzemplifikacja lęku przed ciemnością i nieznanym.

Rozłożony na trzy dni rytuał to nie tylko te instalacje. Pierwszy wieczór zakończył się performansem Yolanty Ponton, a dokładnie jego pogrzebem. Żywcem zakopany artysta po kilku minutach spędzonych całkowicie pod ziemią wyskoczył z groby cały i zdrowy, nagrodzony za to swoiste zmartwychwstanie owacjami zebranej publiczności. Gra z lekiem? Śmierć z happy endem? Polityczny komentarz do zeszłorocznych śmierci, o których media nie dają nam zapomnieć?

Równie ważna w tej edycji Rytuału okazał się jego intelektualna, słowna odsłona. Zaraz po rozpoczęciu Rytuału w piątkowy wieczór, przed rozstawionymi w kształt tymczasowego audytorium krzesłami na parkowej polanie, swój wykład Rozważania o strachu wygłosił doktor Bogusław Bednarek – chyba najbardziej odpowiednia osoba z grona wrocławskich naukowców do wypowiadania się na temat strachu. Znany z niesamowitych wykładów na wrocławskiej polonistyce i już legendarnego programu telewizyjnego Labirynty kultury, w którym podczas opowieści o literaturze nie cofał się przed przebraniem za samego hrabiego Draculę, w Parku Szczytnickim, przy nadchodzącym zmierzchu, rozpoczął barwną opowieść o mitycznych i legendarnych obliczach strachu w literaturze. Krew lała się strumieniami z jego barokowych zdań, można było wręcz poczuć woń treści jelitowych wypływających z rozprutych trzewi i swąd przypalanych na torturach kończyn. Poznaliśmy oblicze strachu od czasów antycznych aż po chwilę obecną. Sobota obfitowała w serie wykładów, w których przeróżni znawcy z wielu dziedzin prezentowali swoje przemyślenia na temat wszelkich oblicz lęku. Jako pierwszy w specjalnym namiocie nazwanym Z Archiwum R Michał Duda z Muzeum Architektury w wykładzie Helter Skelter – architektura grozy, przedstawił jak budowle mogą wpływać na zapewnienie bezpieczeństwa, jak potrafią odgrodzić nas od strachu przed zewnętrznym światem. Adam Kruk opowiedział nam o postaci i formach lęków na przestrzeni całej historii kinematografii, a Andrzej Józwik w Nazistach na spidzie – farmakologicznym oswajaniu lęku barwnie zarysował historię wykorzystywania substancji narkotycznych – głównie amfetaminy – które były stosowane w armii Trzeciej Rzeszy. Paweł Rudnicki wyłożył zasady Gułag managementu, a muzycznym zwieńczeniem wieczoru był set techno w wykonaniu Vj-a Mniamosa, którego bity stanowiło tło do czytanego przez prezentera radiowego Piotra Osowicza opowiadania Edgara Poego Zagłada domu Usherów. Ostatni wystąpienie tego dnia było również czytanie – Marcin Czerwiński zmierzył się z lękiem w literaturze – zaznaczając, że literacki horror jako gatunek nie jest w stanie go w żaden sposób przestraszyć – po prostu przeczytał fragment opisujący pacyfikację żydów zawarty w książce Łaskawe Jonathana Littella. Jedyny niedzielny wykład również był w wykonaniu Marcina Czerwińskiego – pod intrygującą nazwą Snuff Baracka kryło się porównanie legendarnych snuff movies, przedstawiających sceny prawdziwych tortur z absolutnie legalnym, już ikonicznym zdjęciem, na którym to Barack Obama ogląda wraz ze swoją świtą transmisję na żywo z akcji schwytania i zabicia Osamy Bin Ladena. Gwoli kronikarskiego obowiązku warto też zaznaczyć, że scenę muzyczną na tegorocznej edycji Rytuału zapełnili Maciej Frett, Wojciech Benicewicz, Igor Boxx i VJ Mniamos.

Czy w tej edycji Rytuału baliśmy się naprawdę? Czy strach był jego celem czy po prostu miał być katalizatorem serii pytań na temat miejsca lęku we współczesnej kulturze? Jak widać, pytań pojawiło się zdecydowanie więcej niż odpowiedzi. Był to Rytuał opowiedzianych historii o strachu, nie zawsze nim epatujących. Każdy z uczestników przedstawił strach ze swojej domeny lub wynikający z własnej fascynacji. Nie było między nimi wspólnego mianownika, każda z wypowiedzi była pełna autonomii wyboru. Nikt nie silił się na wyczerpanie tematu lub ogarnięcie całości zagadnienia. Co prawda park nadal pozostał parkiem, ale być może przypomniał sobie i uczestniczącym w Rytuale gościom o swojej historii jako miejsca budzącego niegdyś obawę i respekt. Istnieją lęki stare i nowe, żywe i martwe, indywidualne i kolektywne. Artystyczne zmierzenie się z nimi może być ciekawym, bogatym, a nawet – zaryzykuję się stwierdzić – przyjemnym i satysfakcjonującym doświadczeniem. Rytuał Strachu wydaje się być tego oczywistym dowodem.