MÓJ RYTUAŁ

Sebastian Harmazy/Vilgoć

Jest zimno, mokro i brudno. 21 listopad. Jestem sam. Deszcz i ciemność sprawiają, że znów czuję się jak zdeformowana życiem istota. Słodkawy zapach śmieci i blade światło latarni. Nikt mnie nie widzi. Z pobliskiego śmietnika wygrzebuję 2 wilgotne cegły. Zamierzam zrobić z nich użytek.

Zaledwie kilka kroków dzieli mnie od tego miejsca: zajętej szkłem przestrzeni, gdzie chcę coś zmienić – odkształcić rzeczywistość, po raz kolejny zranić codzienność. Zmienić coś w sobie. Być kimś innym. Zmienić sobą kogoś.

Jest noc. Mój organizm powoli się wychładza. Wchodzę do środka. Zapadam się w tej budowli wypełnionej ciepłym światłem doznań. Za plecami zostawiam utrwaloną na papierze nagą postać ze szpadlem w ręce. Przylepioną do witryny, siną od deszczu. Niemego świadka moich poczynań. Wtapiam się w anonimowość, powtarzalną pasywność, głód towarów. Jeszcze nie ma zbyt wielu ludzi. Wkrótce będzie ich więcej. Takich samych. Muszę poczekać. Gdzieś w oddali system kamer biernie ocenia mą wartość. Jestem tym, jak mnie widzą. Figurą, która swoim zachowaniem nakreśla interpretacyjny kontekst. Jednym z wielu. Takim, jak inni. Z pozoru. Na zewnątrz. Teraz to bez znaczenia. Jest mało czasu. Dokonuję wyboru. Kilka schodów w dół. Rozpoznaję to miejsce. Już tu kiedyś byłem. Znam je. Dostrzegam niewiele zmian. Jest ciepło i duszno. Zdecydowanie zbyt dużo światła. Moje brudne dłonie chcą ukryć intencje. Ktoś mnie rozpoznaje. Nie wiem, kim ona jest. Uśmiecham się. Znów wcielam się w rolę. Staję się Kimś. Rozglądam się dookoła. Tak – to jest to miejsce. Przedmioty wokół nabierają plastyczności. Jeszcze tylko jakiś alkohol by wyłonić się z mroku. Moja codzienność przyjmuje nowy wymiar. Oto jestem.

Mam niewiele czasu. Nikt mnie o nic nie pyta. Wiem, co mam robić. Postępuję metodycznie. Zgrabiałymi z zimna placami wyciągam kable, mikrofony i pozostałe rzeczy łącząc je w jeden spójny organizm. Jest co raz więcej ludzi. Muszę zdążyć, zanim wypełnią całą, dostępną przestrzeń. Jeszcze tylko kilka elementów. Znów odczuwam tę suchość w gardle. Biorę cegły w dłonie. W skupieniu kładę je na stole. Jestem gotów.

Gasną światła i zanim ktokolwiek zarejestruje tę zmianę, bezlitośnie rozdzieram niemą przestrzeń ostrym dźwiękiem. Brutalnie łamię ją krawędzią mojego istnienia anihilując wszystkie możliwie doznania. Pochylam się nad stołem. Nic nie jest w stanie mnie powstrzymać. Za moimi plecami na wielkim ekranie świat utkany w nanosekundy istnień nabiera prędkości. Zdefiniowany na nowo historią pociętą w obrazach. Oślepiony kakofonią kurczowo zaciskam dłonie na cegłach. Eksplozja dźwięków ogłusza i paraliżuje wszystko, co znalazło się w polu rażenia. Przestrzeń, czas i kontekst miejsca, w którym się znalazłem przestają istnieć. Zapadam się w pustkę. Czuję, jak potężny strumień energii przenika moje ciało, chcąc wtłoczyć je z powrotem w fizyczną przewidywalność. Fala dźwięku rozrywa mnie od wewnątrz. Nie wiem, jak długo to trwa. Jestem krańcowo zmęczony. Mikrofony wciśnięte pomiędzy moimi palcami zaczynają przypominać zwęglone kikuty. Wykonuję nimi jeszcze jeden ruch.

Martwa cisza boleśnie rozcina wypełnioną dźwiękiem betonową przestrzeń. Kontrast generujący napięcie nie do wytrzymania. Druzgoczący bezruch. Niema implozja. To już koniec. Odsuwam się w cień. Staję z boku. Mija kilka sekund zanim pierwsze impulsy docierają do świadomości zszokowanych i rozdygotanych ludzi, wywołując w nich skrajne reakcje. Ktoś zapala światło, które automatycznie wyzwala ruch. Niektórzy idą w moim kierunku. Reszta powoli płynie w kierunku wyjścia. Kalejdoskop twarzy, ciał i pragnień, które nigdy nie będą już takie same. Część z nich zostanie już tu na zawsze. Uwięziona w continuum między ciszą i dźwiękiem. Niezrozumiałym dla świata odłamkiem egzystencji.

Sala powoli pustoszeje. Moja rola dobiegła końca. Zaczynam odczuwać zimno. Klękam nad zwojem pozrywanych kabli, rozparcelowanych mikrofonów i reszty zniszczonego sprzętu przypominających jakieś martwe, porzucone, futurystyczne zwierzę. Szybkimi ruchami patroszę je, dokonując selekcji tego, co może być jeszcze przydatne. To nie jest mój pierwszy raz. Działam metodycznie. Jestem skoncentrowany. Koszula lepi mi się do ciała. To wszystko tak bardzo boli. Rozglądam się dookoła. Zostałem sam. Muszę wykorzystać ten moment. Wstaję. Nikt nie dostrzeże moich kroków. Ale ja widzę w tym sens. Poranionymi dłońmi biorę ze stołu 2 brudne cegły. Odchodzę w mrok. Wkrótce zrobię z nich użytek.

Sebastian Harmazy/Vilgoć