to jest piekło przyzwyczajaj się*

Przemysław Witkowski

to jest piekło przyzwyczajaj się*

Rrrrrrrrrreeeeeeeeeeeewolucja i nagłe naruszenie przestrzeni – wpada grupa ludzi z megafonem w rękach; wstańcie i chodźcie z nami, idźmy główną ulice, pod banki, urzędy!; głos buczący i zmodyfikowany przez głośnik; zamieszanie między stolikami; ludzie zdezorientowani; w czym rzecz? czemu ta hałaśliwa gromada wbija się w kanajpianą przestrzeń nawołując do zamieszek? I już po chwili płyną głosy z sali -po co megafon w lokalu, -może będzie koncert? -nie wiedziałam, -ale czemu koło naszego stolika? -my tu rozmawiamy -ej, idźcie sobie, -czemu się drzesz koleś? nie widzisz, że z dziewczyną jestem. Ostatnie słowa czytane przez megafon padają w kierunku siedzących, po czym nie zrażona niczym grupa opuszcza lokal, mając już na celu kolejny.

Czy obecni na sali piwosze dostrzegli w tym wydarzeniu poezję? Czy rozpoznali wrocławskich poetów - Konrada Górę, Bartosza Sadulskiego, Darka Sasa, Kamila Zająca? Czy znali ich teksty? Bo to właśnie oni szóstego mają 2010 roku wyruszyli w miasto by nawoływać do zamieszek i rewolucji. Wcześniej oko wrocławianina drażniły kredytory, modele bankomatów, gdzie zamiast schludnych paczek z pieniędzmi znajdowały się na ekranach, wraz z muzyką i klipem, zapętlone wiersze. Dzień w dzień przypominały one wrocławskim burżua - kryzys nadchodzi, będzie recesja, kapitalizm się kończy, weź coś zrób, pomyśl o tym, spróbuj, nie ulegaj, nie daj się, spójrz inaczej, spójrz raz jeszcze.

Wojna i pieniądze, bieda i sto milionów warte kobiety, korporacje, banki, piny i transakcje i animacje, od łudzących swoim spokojem, po agresywne oraz muzyka znanych wrocławskich artystów - wszystko to atakowało widza, chcąc, choć na chwilę, wciągnąć go w wir zdarzeń, zamienić na moment ze statystyki w jednostkę, przkształcając bierność w działanie i obojętność w angaż, by przestał przechodzić wokół spraw, tylko rzucił się w ich wir, szedł pod wiatr, ale jednak z wiatrem.

Jednak kredytor to tylko punkt w przestrzeni, drażniący, ale łatwy do ominięcia. Można przejść obok i po chwili niepokoju, wywołanego wyrwaniem ze schematu, zanurzyć się znowu w swoją gnuśną codzienność. Dlatego konieczna była bardziej angażująca przechodnia akcja, która nie pozwoliłaby mu na uniknięcie kontaktu i narażenia swojego schematu poznawczego na wstrząs, jakim jest próba zmuszenia go do interakcji. Poetki i poeci przeszli przez miasto, typową trasą studencką, od knajpy do knajpy, sądząc, że tam właśnie ludzie, znudzeni small talkiem i wściekli z powodu swojej sytuacji życiowej i materialnej, pierwsi porzucą stoliki i pójdą z nami wyrzucić obecny system na śmietnik.

Rozbawienie-znudzenie-irytacja, tak można opisach schemat zachowania osób zderzonych z nawołującymi do zamieszek poetami. Początkowe zainteresowanie dziwnością zdarzenia i przerwaniem przestrzeni pijalni piwa, czyniącego z niej scenę, szybko mija. Głosy z sali przebijać zaczynają głosy czytających poezje, liczne pretensje i wulgarne komentarze lecę w kierunku poetów, rękoczyny zastępują robienie zdjęć z komórki, a z grzecznych mieszczan, studenci przeobrażają się w zirytowane, zepsuta zabawą, dzieci.

Nikt nie wstaje, nikt nie dołącza. Gorzej, z czasem, do ostatniej knajpy, dociera może połowa nawołujących do zamieszek poetów i poetek. Znikają po drodze spotykając znajomych, zasiadając w lokalach na piwo, czy wstydząc się swojego małego aktu odwagi i chyłkiem oddalają się w kierunku własnego domu. Skończył się moment szaleństwa, wyjścia do ludzi z ideą zniszczenia systemu, który ich wiąże; rzeczywistość wraca na swoje dawne tory, życie nie eksplodowało energią, lampka zaświeciła się jedynie, a i to lekko.

Czy teraz w samym środku kryzysu, mając na widoku Grecję, happening ten potoczyłby się inaczej? Czy tłum wrocławian ruszył by się w końcu zza wygodnie zajętego stolika i wyraził sprzeciw wobec władzy banków i korporacji? Szczerzę wątpię, by obudzić Polaków trzeba zdecydowanie więcej niż happeningu. Poeta jako figura w kulturze masowej już nie istnieje, chyba, ze w takiej formie jak Jacek Dehnel, który przewija się w mejnstrimie jako uroczy bibelot, umieszczany w telewizyjnej ramówce, by nadać jej rys nobliwości. Podobnie bunt, romantyczna wizja wieszcza porywającego tłum na barykady swoją poezję jest już ostatecznie martwa.

Jednak rewolucja nie ma ipoda, nie spłaca kredytu i nie bywa na wakacjach w Tunezji. Ona tam mieszka. I prędzej czy później do nas przyjedzie, zrobić porządek z miejscami, gdzie rodzi się kryzys, z londyńskim City z Wall Street. Ciągle jeszcze studenci, uczniowie i zapracowani młodzi burżua siedzią przy stolikach, wcinają kebab i kumulują tłuszczyk, spędzając bezpłodnie czas przy piwku. Jednak i o nich, i o ich stabilność, ich bezpieczeństwo, upomni się niewidzialna ręka rynku, tylko, że wtedy będzie już za późno. Ze strony poetów padnie wtedy właśnie zdanie: a nie mówiliśmy? Z megafonem biegaliśmy po okolicznych knajpach, nic nie zrobiliście, nic nie zrobiliście.

* cytat z wiersza Kamila Zająca '”ty i społeczny rys'”, z jednego z kredytorów