ALFABET THE RESIDENTS

Rafał Jęczmyk

Co począć z zespołem, który jest jednocześnie bardzo znany, ale nikt tak naprawdę nic o nim nie wie? Nikt nigdy nie poznał tożsamości muzyków, większość faktów z ich historii jest owiana legendą, oczywiście kreowaną przez samych członków i ludzi z ich najbliższego otoczenia. Mowa oczywiście o niestrudzonych amerykańskich awangardzistach i głównych krytykach popowego show-biznesu – grupie The Residents. Ten najbardziej tajemniczy audiowizualny kolektyw stworzył swoją własną mitologię, pełną niemożliwych do zweryfikowania informacji, faktów i wydarzeń. Od ponad czterdziestu lat wywołują zażarte dyskusję, budując wokół siebie aurę tajemnicy. Ich surrealistyczna i bardzo pesymistyczna wizja ludzkości jest spójna i oryginalna, ich charakterystyczny image stał się ikoną awangardy współczesnych czasów. Przez konsekwentne ukrywanie się artystów trudno spisać ich spójną historię – składała by się ona przede wszystkim z fragmentów, epizodów, poszczególnych wydawnictw. Nie podejmuję się w tym tekście pełnej prezentacji Rezydentów – chyba tylko oni sami byliby w stanie to zrobić, ale nie sądzę, by byli tym zainteresowani. Dlatego też forma alfabetu – arbitralnie wybranych, czasem przypadkowych kwestii z bogatego uniwersum The Residents, które osobiście uznałem za warte przedstawienia. Nawet ten alfabet jest niepełny – nie chciałem sztucznie tworzyć pewnych haseł tylko z tego powodu, że trzeba opisać każdą literę, jeśli nie czułem się przy nich kompetentny lub uznałem, że te hasła nie są aż tak ciekawe. Dlatego ten tekst wygląda tak, jak wygląda, a okazją do zanurzenia się w ich świecie, był ich koncert stanowiący zwieńczenie wrocławskiego wydarzenia artystycznego, jakim był Rytuał 7 – Recesja-Retorsje-Bang.

A jak ADRES

Skąd wzięła się nazwa projektu? Jacy mieszkańcy, jacy rezydenci? Jakie znaczenie ci tajemniczy osobnicy ukryli pod swoją nazwą? Akurat ta jedna kwestia w bogatej mitologii formacji wydaje się być sprawdzona i udokumentowana. Na próżno tu szukać jednak ukrytych znaczeń – tak się złożyło, że nazwa zespołu była po prostu kwestią przypadku i humoru jego członków-założycieli. Muzycy, którzy próbując złapać ducha ówczesnej kontrkultury, świeżo przenieśli się z Luizjany do Kalifornii, postanowili wysłać próbkę swoich możliwości do Warner Bros. – wytwórni wydającej płyty ich muzycznego guru Captaina Beefhearta. Zespół nie miał jeszcze żadnej nazwy, więc demo przesłane do wytwórni opatrzono tylko adresem zwrotnym, nie podając żadnych innych detali. Nagrana muzyka nie spotkała się jednak z entuzjastyczną reakcją potencjalnego wydawcy, a szpula z muzyką została odesłana na adres „Residents, 20 Sycamore St., San Francisco”. I tak, skoro szanowana wytwórnia określiła ich w ten sposób, muzycy stwierdzili, że nie potrzebują już szukać sami nazwy, skoro ktoś już za nich to zrobił. To chyba jedyny przypadek w historii, kiedy to label odrzucający zespół, przyczynił się jednocześnie do jego nazwania. Muzycy początkowo używali mianowali się Residents Unincorporated, lecz jednak skrócili ją do pierwotne wersji z koperty. A materiał odrzucony przez wydawnictwo i tak ujrzał w końcu i nosi dumnie nazwę The Warner Bros. Album.

B jak THE BEATLES

Zespół, którego powołaniem była dekonstrukcja popkultury i relacji fan-idol, nie mógł nie odnieść się do ówczesnych tytanów tej sfery. Histeria towarzysząca karierze Beatlesów i kult, którym byli niewątpliwie otoczeni, była dla Rezydentów doskonałym materiałem badawczym. Słynna czwórka symbolizowała wtedy wszystko, co było dobre i złe w popkulturze – ich kontrolująca umysły wszechobecność w mediach i ikoniczność były zjawiskiem do tej pory niespotykanym na tak wielką, wręcz ogólnoświatową skalę. The Residents w 1974 roku wydając swój debiutancki album nawiązali do tego w sposób niezwykle wyrazisty. Sami określili się przekornie jako The New Beatles, rozpuszczając jednocześnie plotkę, że to właśnie czwórka z Liverpoolu inkarnowała się pod szyldem The Residents. Okładka płyty już wiele mówiła o podejściu do „najsłynniejszego zespołu w historii” – była parodią wydanego równo dziesięć lat wcześniej Meet The Beatles! – albumu, który zapoczątkował ich kult. Wyglądała prawie tak samo, ale twarze idoli ówczesnej młodzieży zostały na niej oszpecone dodaniem między innymi rogów i kłów. Nie przeszkodziło to jednak temu, że sam John Lennon zachwycił się nią, zakupił samą płytę i często się o niej pochlebnie wyrażał (inne źródła podają, że album nabyli też Ringo i George). Za to wytwórnie EMI i Capitol nie zrozumiały tego rodzaju poczucia humoru i zagroziły nawet zespołowi procesem, więc kolejne wydania płyty pojawiły się już ze zmienioną okładką, ale z ciągle zachowanym parodystycznym zdjęciem muzyków na rewersie jako morskich istot ubranych w garnitury The Beatles i podpisanych John Crawfish, George Crawfish, Paul McCrawfish, and Ringo Starfish.

W roku 1977 znów powrócili do tematu dekonstrukcji mitu i muzyki Liverpoolczyków, wydając singla The Beatles Play the Residents and the Residents Play the Beatles. Okładka: czterech nagich mężczyzn z doklejonymi głowami Paula, Johna, George'a i Ringo. Strona A: kolaż dźwiękowy skonstruowany z utworów The Beatles I Johna Lennona z zapętlonym zdaniem wypowiedzianym przez McCartneya na The Beatles Third Christmas Record („Please everybody, if we haven't done everything we could have done we tried." czyli "Słuchajcie wszyscy: jeśli nie zrobiliśmy wszystkiego co mogliśmy zrobić to przynajmniej próbowaliśmy.”). Strona B: cover ich przeboju Flying (jednego z zaledwie dwóch utworów w karierze, pod którego kompozycją podpisali się wszyscy członkowie The Beatles). Oczywiście nie trzeba dodawać, że z muzyki Wielkiej Czwórki nie zostało tam już zbyt wiele. Rezydenci pokazali, jak zmieniając pewne elementy piosenek, łatwo zmienić łatwy i przyjemny dla ucza pop w ciężką awangardę.

C jak THE COMMERCIAL ALBUM

Dokładna obserwacja muzycznej popkultury zainspirowała The Residents do zbadania struktury klasycznych, hitowych piosenek – czasu ich trwania, konstrukcji, powtarzalności poszczególnych elementów. Wynikiem tego była wydana w 1980 roku płyta pod wymownym tytułem The Commercial Album z zestawem czterdziestu minutowych utworów. Jak można było przeczytać we wkładce albumu, każda z tych kompozycji powinna być odtwarzana 3 razy pod rząd, by nabrała formy klasycznej piosenki z list przebojów. Słuchane potrójnie – były utworami, słuchane pojedynczo – sześćdziesięciosekundowymi dżinglami. Badając zależność, w którym miejscu kończy się sztuka, a gdzie zaczyna zwykła reklama, wykupili też w miejscowym radiu KFRC czterdzieści minutowych slotów reklamowych, dzięki czemu utwory z tej płyty leciały w nim w całości – oczywiście w przerwach na reklamę.

Zespół dołączył do płyty oświadczenie: Punkt pierwszy: muzyka pop jest głównie powtarzaniem dwóch typów muzycznych i tekstowych fraz – zwrotki i refrenu. Punkt drugi: te dwa typy zwykle powtarzane są trzy razy w formie trzyminutowej piosenki; taki typ można usłyszeć zwykle w stacjach radiowych prezentujących przeboje. Punkt trzeci: wytnij sadło a z piosenki popowej zostanie jedna minuta – wtedy płyty mogą całe być swoistym Top 40, po 20 minut na stronę. Punkt czwarty: minutę trwa też większość reklam i związanych z nimi dżingli. Punkt piąty: dżingle to muzyka Ameryki. Konkluzja: ten CD jest wspaniały do odtwarzania losowego. Żeby przemienić dżingle w muzykę popową, zaprogramuj każdy utwór, by był odtwarzany trzy razy.

Nic dodać, nic ująć – definicja utworu popowego, dokonana przez The Residents na początku lat 80-tych XX wieku, pozostaje nadal aktualną.

E jak ESKIMO

Gdyby zapytać osoby zorientowane w muzyce, ale nie będące wielkimi fanami The Residents, czy znają tytuł jakiegoś ich albumu, to zdecydowana większość wymieni Eskimo. Ta płyta jest jednym z najciekawszych przedsięwzięć Rezydentów – dziwacznym i sugestywnym słuchowiskiem. Oczywiście początki konceptu są legendarne – według oficjalnej wersji zespołu prowodyrem jej nagrania był tajemniczy N. Senada, który jednak zniknął przed jej nagraniem (istnieje też wersja historii według której po swoim zaginięciu – a zniknął on podczas podróży na Grenlandię by badać tam właśnie kulturę Innuitów – pojawił się na moment podczas sesji nagraniowej by przekazać muzykom swoje próbki tamtejszych nagrań terenowych i butelkę pełną arktycznego powietrza). Starając się oddzielić legendę od rzeczywistości, najbardziej prawdopodobną inspiracją wydaje się właśnie to, że od kogoś zespół naprawdę otrzymał prezent w postaci tej butelki.

Eskimo jest płytą pozbawioną piosenek, wypełnioną za to dźwiękowymi pejzażami, nie opowiadającymi historii słowami, lecz raczej stanowiących tło dla historii z egzystencji mieszkańców Arktyki, opisanych w tekście dołączonym do albumu. To sceny z życia Eskimosów, zapis ich tradycji, małych historii i rytuałów. Przenosimy się w świat żyjącego wśród śniegów plemienia, prowadzonego przez pomocnego ale też mściwego szamana Angakoka, słyszymy dźwięki towarzyszące polowaniu na morsa czy porodowi w lodowej jaskini, uczestniczymy w rytuale nazywanym Festiwalem Śmierci, odprawianym z okazji zakończenia trwającej pół roku nocy. Jednak sami Rezydenci odżegnują się od traktowania albumu jako dokumentu życia Innuitów – było to bardziej ich wyobrażenie na temat tamtejszej tradycji, oparte na przeróżnych zasłyszanych historiach i ich własnej wyobraźni (nie przeszkodziło to jednak temu, żeby radzieckie wydanie tej płyty zostało w ZSRR zaklasyfikowane jako dokument kulturowy). Język Innuitów słyszany na płycie jest improwizacją samych muzyków, w której czasem możemy usłyszeć angielskie słowa. Całość była nostalgicznym obrazem minionej epoki, jeszcze przed wkroczeniem kultury masowej na teren Grenlandii. Jak czytamy w wydrukowanym na płycie oświadczeniu: „Wszystkie opowieści zawarte na płycie są opowiedziane w czasie przeszłym, a to dlatego, że Eskimosi, a zwłaszcza ci, którzy żyją za kręgiem polarnym – a im poświęcone jest to wydawnictwo – zostali „uratowani” z ich „żałosnego” życia przez opiekę społeczną w latach 60-tych. Ci Eskimosi zostali przeniesieni do rządowych osiedli, gdzie teraz spędzają czas głównie na oglądaniu powtórek w telewizji.”

F jak FILM

The Residents z cała pewnością można określić jako formację multimedialną – liczyła się nie tylko muzyka, ale też jej oprawa wizualna i dlatego muzycy często wspomagali się podczas koncertów projekcjami filmowymi. Do wielu utworów przygotowali własne klipy, sami stworzyli też kilka filmów opartych na płytach. Niewiele osób jednak wie, że są także autorami ścieżek dźwiękowych do filmów nie będących ich autorskimi projektami. Jednym z najgłośniejszych z nich jest Conceiving Ada w reżyserii Lynn Hershman-Leeson – dziwaczna hybryda science fiction i eksperymentalnego filmu, z ikoniczną aktorką Tildą Swinton w tytułowej roli. Film został uznany za porażkę na niemal każdym froncie, jednak wszyscy chórem zgodni są co do tego, że najlepszym jego elementem była waśnie muzyka. Warto też wspomnieć o krótkometrażowej animacji Slow Bob in the Lower Dimensions Henry'ego Selicka, reżysera słynnego burtonowskiego projektu The Nightmare Before Christmas. Muzyka The Residents pasowała idealnie do jego surrealistycznej i mrocznej wizji. Najsłynniejszym jednak przedsięwzięciem filmowym, w którym The Residents miało okazję się udzielać, było skomponowanie muzyki do dokumentalnej serii filmów przyrodniczych firmowanych przez Discovery Channel – Hunters: The World of Predators and Prey, przedstawiającej najsłynniejszych zwierzęcych drapieżników i ich ofiary. Serial, mający łącznie dziesięć godzinnych odcinków, jest największym jak do tej pory zrealizowanym projektem Rezydentów.

G jak GĄBKA

Zespoły zawsze prześcigały się w gadżeciarstwie, byleby tylko zwiększyć sprzedaż swoich wydawnictw. Dołączano przeróżne dziwne rzeczy do płyt licząc na to, że jakieś tanie artefakty podbiją sprzedaż i przełożą się potem na grubość portfeli ich i szefów ich wytwórni. Podobnie było z manią nagrywania nowych wersji utworów przez dogasających artystów (znanych głównie z zaledwie jednego przeboju), którzy prezentowali je w nowych aranżacjach, zgodnie z aktualnymi trendami. Kolejny grzech kardynalny artystów popowych – nagrywanie specjalnych hitów na Boże Narodzenie. The Residents nie byli by sobą, gdyby nie skorzystali z okazji wyśmiania tej mody, więc połączyli w jedno te wszystkie elementy agresywnego popowego marketingu w postaci serii singli z utworem Santa Dog. Już sama nazwa jest jest bezkompromisowa i wiele mówiąca – „santa dog” to anagram słów „satan god”. To chyba najbardziej anty-bożonarodzeniowa piosenka wszech czasów – tekst utworu mówi między innymi, że płód Jezusa nie ma prezentów i nie będzie go już w przyszłości. Okładka pierwszej wersji singla z roku 1978 wyglądała jak kartka świąteczna rozsyłana masowo przez towarzystwa ubezpieczeniowe. I zespół też przesłał swoje wydawnictwo do wielu osób – adresatami zostali między innymi Frank Zappa i... Richard Nixon. Oczywiście Rezydenci nie spoczęli na laurach – łącznie ukazało się pięć wersji Santa Dog – w 1978, 1988, 1992, 1999 i 2006 roku. Powstała też wariacja tego utworu rozpisana na gamelan. A jak uczcić samą rocznicę wydania singla? Santa Dog jest najprawdopodobniej jedynym nagraniem w dziejach, które zostało uhonorowane wypuszczeniem na rynek specjalnej i specjalnie z tej okazji wyprodukowanej gąbki.

K jak KOLABORACJE

The Residents nigdy nie unikali współpracy z innymi artystami. Cała rzesza ludzi sztuki chyba z każdej dziedziny miała okazję przyłożyć się do poszczególnych projektów. Aktorzy, malarze, twórcy multimediów, muzycy i inni. Rozbudowane uniwersum poszczególnych ich przedsięwzięć wymagało zawsze pomocy z zewnątrz. Część z tych osób znamy, część pozostaje anonimowa. Kronikarski obowiązek nakazuje tu wspomnieć przede wszystkim o muzykach z nimi współpracujących, a niektóre z tych nazwisk mówią same za siebie – Chris Cutler, Philip „Snakefinger” Lithman, Don Preston, Fred Frith, Lene Lovich, Andy Partridge i wielu innych. Można by jeszcze długo wymieniać, ale tak naprawdę hasło to powstało specjalnie dla jednej, wyjątkowo tajemniczej kolaboracji.

W 1992 roku nakładem wytwórni Majora ukazuje się album projektu (czytać jako square nine) zatytułowany Tsunami .2↑. Muzyka dziwna, hipnotyzująca, pełna głębi i surrealizmu. Dwa długie utwory. Niezwykła rzecz. Okładka nie zdradzała, kim są muzycy zespołu, wiadomo tylko, że jest to zapis koncertu, który miał miejsce w Grande Theater w Buenos Aires. I dalej by nie było wiadomo, kim są te kwadraty do potęgi dziewiątej, gdyby nagle nie wybuchła bomba. Rick Bishop, jeden z członków równie legendarnej jak The Residents formacji arizońskich szaleńców zwanej Sun City Girls, podczas wywiadu dla czasopisma Popwatch zapytany o tę płytę nagle stwierdza: „to nasza kolaboracja z The Residents i z Davidem Oliphantem z Maybe Mental. No proszę, powiedziałem to! (Najazd kamery na pensjonat pełen samozwańczych kolekcjonerów The Residents, starających się zebrać ich całą dyskografię, szamoczących się teraz by dorwać rzeźnicki nóż w celu zakończenia tego wszystkiego). Oczywiście to nie może być prawdą, racja? Kurcze, nigdy nie składałem żadnej przysięgi na to!” Płyty nie znajdzie się w żadnej z oficjalnych dyskografii obu zespołów. Są tylko słowa Bishopa, znanego z zainteresowania mistyką, UFO, przedziwnymi kultami i ezoteryką. Nawet jeśli to nie jest prawdą, to warto to uznać za część wspaniałej mitologii The Residents.

L jak DAVID LYNCH

Jaki może być związek pomiędzy głównymi współczesnymi surrealistami muzyki a głównym współczesnym surrealistą filmu? Dla wielu osób współpraca pomiędzy The Residents a Davidem Lynchem była by spełnieniem ich najbardziej mokrych fantazji. Mam dla nich złe wieści – było blisko, ale niestety nie wyszło!

Rezydenci to chyba pierwszy zespół, który stał się autorem, projektantem i wydawcą gry komputerowej. W 1995 roku ukazała się Bad Day on the Midway – ale czy można w pełni nazwać ten projekt grą? To dziwaczny, surrealistyczny spektakl multimedialny, w którym grający wciela się w postać małego chłopca o imieniu Timmy, błąkającego się po jakby wyjętym z sennego koszmaru wesołym miasteczku, gdzie napotyka całe panoptikum przerażających postaci, z którymi wchodzi w interakcje. Nie ma tu podstawowych cech gry przygodowej (a zwykło się ten projekt do nich zaliczać), takich jak rozwiązywanie zagadek – jest tylko odkrywanie historii poszczególnych postaci pojawiających się z rozwojem akcji. Projekt gry bardziej przypomina psychodeliczny bad trip niż coś, co ma służyć zwykłej rozrywce. Ale powiedzmy sobie szczerze – po The Residents nikt czegoś takiego się nie spodziewał. No i nie ma co się dziwić – oryginalność i wizjonerstwo gry zainteresowało światek filmu, łasy na jego ekranową adaptację. Pomysł próbował wprowadzić w życie Ron Howard, reżyser między innymi oskarowego Pięknego umysłu. On sam chciał dla siebie rolę producenta, a reżyserię zamierzał powierzyć królowi filmowej groteski, wspomnianemu już Davidowi Lynchowi – w rezultacie miał powstać cały serial oparty na tej grze. I nagle zaczęły się schody. Rezydenci aż dwa lata prowadzili rozmowy na temat kształtu i treści adaptacji Bad Day on the Midway z Lynchem. Niestety, projekt został porzucony. Powód? Ani zespół ani reżyser nie mogli dojść do porozumienia w kwestii scenariusza, a także kontrakt ograniczał ich rolę w przedsięwzięciu – zakładał ich udział tylko jako konsultantów przy powstawaniu pilota serialu. I tak skończyło się marzenie wielu, bo chyba nie ma co wątpić, że z artystycznego mariażu TR z DL zrodziło by się na pewno ciekawe (no, może nieco potworne) dziecko.

Nie wyszło z kanałami oficjalnymi, wyszło w swoim gronie. Timmy jednak powrócił, ale tylko w serii krótkich filmików, w których opowiada dziwne historie. Do obejrzenia na youtube. Autorzy – oczywiście The Residents.

M jak MASKI

Dla wielu The Residents to przede wszystkim maski. Rezydenci są kojarzeni z maskami. Kropka. Nikt (chyba) nie zna ich prawdziwego wyglądu, bo początku istnienia ukrywają oni swoje twarze podczas koncertów i na jakichkolwiek zdjęciach. Na fotografii zdobiącym ich debiutancką płytę ich twarze zasłonięte były przez morskie zwierzęta. Podczas wczesnych koncertów ich głowy były ukryte w cylindrycznych tubach w dadaistycznym duchu Hugo Balla. Szpiczaste papierowe czapki wywołały wtedy sporo kontrowersji – niektórym kojarzyły się z nakryciami głowy członków Ku Klux Klanu. Tak naprawdę nie kryła się za tym żadna ideologia, afirmująca czy też prześmiewcza, lecz względy praktyczne – takie stożkowate kapelusze po prostu łatwo było wykonać samemu z papieru. W sesji do singla Santa Dog zaprezentowali się jako szaleniMikołaje z brodami zakrywającymi całe twarze. Rok 1979 jest jednak przełomem w historii kreowania ich image. To właśnie wtedy, podczas powstawania płyty Eskimo pojawiają się te najsłynniejsze maski, kojarzone z nimi obecnie w sposób naturalny. Pierwotny projekt zakładał, że artyści na scenie będą mieli na głowach srebrzyste sfery, kojarzące się z arktyczną mgła, jednak pomysł został porzucony jako niepraktyczny. Wykorzystali więc plan rezerwowy – wielkie gałki oczne skrywające całą głowę – i to właśnie one stały się znakiem rozpoznawczym projektu, jego ikoniczną tożsamością. Ich wykonanie zamówili w wytwórni rekwizytów Dinosaur Productions, płacąc za przygotowanie wszystkich czterech 1800 dolarów.I zyskały one teką sławę, że oczywiście stały się obiektem pożądania fanów. 26 grudnia 1985 roku, podczas koncertu w Hollywood Palace, jedna z masek została ukradziona. Później została ona zwrócona przez wielbiciela zespołu, który – opierając się na jego słowach – odkrył kim był złodziej, dowiedział się gdzie mieszka i potem włamał się do niego, by odebrać maskę i oddać ją zespołowi. Nie wiadomo, jak było naprawdę, ale Rezydenci uważają, że to właśnie ten „uczciwy fan” najprawdopodobniej sam ją ukradł. Zwrócona gałka oczna była jednak już w złym stanie, więc muzycy postanowili ją zastąpić inną – czarną czaszką, która do tej pory służy zespołowi.

The Residents cały czas zmieniają maski, nawet w obecnych czasach. Ich wygląd zależy od projektu nad którym w danej chwili pracują. Ale z gałek ocznych nie rezygnują.

N jak N. SENADA

N. Senada to zdecydowanie najbardziej ciekawa, barwna i tajemnicza postać należąca do mitologii The Residents. Oficjalna wersja głosi, że był to wybitny bawarski kompozytor i teoretyk muzyki, twórca dwóch słynnych teorii: zaciemnienia (jej poświęcone jest osobne hasło) i organizacji fonetycznej – to właśnie te doktryny mają stanowić źródło i sedno całej twórczości Rezydentów. Jak łatwo się domyślić, nie istnieją żadne niezależne źródła potwierdzające jego istnienie, oczywiście oprócz tych pochodzących od samych artystów. Ten brak danych o nim tłumaczą jednak jego outsiderską naturą, niechęcią do sławy i przede wszystkim – wprowadzeniem w życie swoich własnych teorii, według których artysta powinien pracować w całkowitym odosobnieniu, by dopiero w ten sposób zaznać pełnej wolności twórczej.

A zatem – N. Senada miał urodzić się w Bawarii w 1907 roku, gdzie też w 1937 zaprezentował swoje największe dzieło muzyczno-konceptualne zatytułowane Pollex Christi (co można tłumaczyć jako „kciuk Chrustusa”). Był to utwór niezwykły, skonstruowany wedle jego teorii organizacji fonetycznej, która głosiła, że artysta nie powinien tworzyć całkiem nowych dźwięków, lecz korzystać z już istniejących, uprzednio przygotowanych, reorganizując je i układając w zupełnie nową strukturę. Pollex Christi składał się z fragmentów utworów klasycznych kompozytorów – między innymi Carla Orffa i Ludwiga van Beethovena. Każdy z tych fragmentów był oddzielony od siebie momentami zupełnej ciszy, która była właściwą solą utworu. Potencjalny wykonawca miał zapełniać tę ciszę czymkolwiek zechciał, stając się jednocześnie współtwórcą dzieła. Swoją pracę Senada porównywał do funkcji architekta, który z gotowych cegieł buduje dom – nie potrzebuje ich najpierw wytwarzać, są one już gotowe. Innych kompozytorów, którzy tworzyli swoje dzieła od zera, określał mianem „budowlańców” - producentów tych cegieł.

Istnieją dwie wersje dotyczące tego, jak Rezydenci zetknęli się z tą oryginalną osobowością. Pierwsza z nich głosi, że spotkali go na stacji benzynowej w miasteczku San Mateo, podczas przymusowego postoju tam spowodowanego awarią samochodu (N. Senada miał w 1938 roku wyemigrować z Niemiec do Kanady). Według drugiej z nich zapoznał go z muzykami ich współpracownik Snakefinger, który napotkał w czasie swojej podróży po Bawarii N. Senadę nagrywającego tam śpiew ptaków. Obaj złożyli wizytę muzykom i tak rozpoczęła się ich owocna współpraca. Kompozytor stał się mentorem The Residents, wspomagał ich przy nagrywaniu pierwszych demówek, lecz niespodziewanie zniknął jeszcze przed wydaniem ich pierwszego oficjalnego singla. Pojawił się nagle jeszcze raz pod koniec lat 70-tych, twierdząc że właśnie powrócił z badawczej wyprawy po Arktyce. Jego opowieści z życia Inuitów i sprezentowana zespołowi butelka wypełniona tamtejszym powietrzem miała stać się bodźcem do stworzenia ich magnum opus – płyty Eskimo. To był ostatni kontakt z niemieckim wizjonerem – wyruszył on w serię dalszych podróży i zmarł około 1993 roku.

Rezydenci postanowili uczcić dorobek Senady, nagrywając swoją własną interpretację Pollex Christi, która ujrzała światło dzienne w 1997 roku, upamiętniając tym samym dziewięćdziesiąta rocznicę jego urodzin. Fragmenty ciszy zostały wypełnione przez zespół znanymi melodiami popkulturowymi (między innymi motywem przewodnim z serialu Star Trek).

Teorie dotyczące prawdziwości jego osoby musiały się w naturalny sposób pojawić. Jeśli nie istniał naprawdę, to może jego postać została kimś zainspirowana? Najczęściej pojawiającą się jest ta, że N. Senadą był awangardowy kompozytor Harry Partch, którego wpływ można odnaleźć w kilku kompozycjach grupy – między innymi w Six Things To A Cycle. Niektórzy uważają, że tak naprawdę chodzi tu o idola samych Rezydentów, Captaina Beefhearta, który w latach 60-tych mieszkał ze swoim Magic Bandem w Los Angeles przy ulicy Ensenada Drive. A zatem jego nazwisko mogło pochodzić od tego adresu, ale też od hiszpańskiego en se nada („nicość we własnej osobie”) bądź też od wyrazu enseñada („nauczony”). Za to literka N. miała oznaczać po prostu Nigel.

O jak OUR FINEST FLOWERS

Większość zespołów, kiedy osiągnie już podeszły wiek, obchodzi kolejne jubileusze swojego istnienia. Ich członkowie są nastawieni na retrospekcje, a przede wszystkim – na wypełnienie kieszeni pieniędzmi zarobionymi ze sprzedaży składanki ich hitowych piosenek (dotyczy to też ich wydawców). Taka jest głównie geneza płyt z cyklu „The Best of” bądź też „Greatest Hits”. The Residents, rzetelnie badający i potem wyśmiewający każdy z przejawów gwiazdorstwa w show-biznesie, nie mogli pominąć tego zjawiska i musieli też wydać swoją własną wersję takiej kompilacji. Ale jak to po Rezydentach można było się spodziewać – jest ona zupełnie inna niż w przypadku tradycyjnych zespołów. Należy tu jednak oddać głos samym muzykom, którzy w ten oto sposób opisali proces jej powstawania: „Co ma zrobić zespół, kiedy zbliżają się jego dwudzieste urodziny? Kiedy jedyne porównywalne czasem istnienia zespoły to The Grateful Dead i The Rolling Stones, których część członków zdążyła już wymrzeć? Niektórzy twierdzą, że miła kolekcja „największych hitów” byłaby czymś odpowiednim. Więc The Residents spróbowało spisać swoje „największe hity”, ale nagle w trakcie tej czynności jeden z członków zespołu dostał ataku bólu brzucha i zwymiotował na zapisane kartki. Osobnik ten musiał potem za karę wyprać te kartki, ale podczas tego procesu tusz rozmazał się na nich kompletnie. Wszyscy stwierdzili, że to całkiem zabawne i zaczęli czytać te słowa albo chociaż to, co na słowa jeszcze wyglądało. Perfect Goat – powiedział jeden z muzyków – myślę, że powinniśmy umieścić taki utwór na naszej płycie. Wszyscy zdali sobie sprawę, że te wymioty nie były przypadkiem, że to był omen. Podarli więc papiery na małe kawałki i rzucili je na podłogę. Były ciągle mokre. Tego, co było napisane na niektórych z tych kawałków nie dało się już odczytać, ale oni nie zwracali na to uwagi. I w jakiś sposób nowe pomysły zrodziły się z tych podartych kawałków. I oczywiście Perfect Goat się tam znalazł, razem z piętnastoma innymi utworami stworzonymi w taki sposób, że sam Dr. Frankenstein byłby dumny z ich pozszywania. Tak, to są nowe piosenki. Jak w całej dobrej muzyce popowej, jest w nich coś znajomego, coś przyjaznego. Ale kiedy ich słuchasz, nigdy nie zapominaj, że ich sercem są wymioty. Ta płyta to dwadzieścia długich lat bolesnych prób wymiotowania.” I tak, w 1992 roku został wydany album Our Finest Flowers, jeden z najbardziej niezwykłych wyborów przebojów. Zostały tu skompilowane nie tylko wybrane utwory – wymieszano je jeszcze potem ze sobą w sposób kompletny. Powstał zestaw hybryd z muzyką z jednego utworu, tekstem drugiego, a tytułem innego. Piękne kwiaty z ogródka The Residents.

P jak PRESLEY

Byli Beatlesi, musiało też się znaleźć na warsztacie Rezydentów miejsce dla absolutnego, nieśmiertelnego i niekwestionowanego króla rock'n'rolla. Elvis Presley ze swoim kultem, ikonicznością i wręcz archetypową historią kariery był idealną pożywką dla tych bezwzględnych wiwisekcjonistów popu. Zabrali się za to dosyć późno, bo dopiero w 1989 roku podczas serii koncertów nazwanych CUBE E. Trzeci segment tego show nosił nazwę The Baby King i dotyczył właśnie postaci samego Króla. Przybrał on formę specyficznego musicalu z piosenkami Elvisa w wykonaniu jego podstarzałego sobowtóra, który śpiewał je dla swoich wnuków. W spektakularnej końcówce występu nadmuchany do granic możliwości Presley umierał na skutek Brytyjskiej Inwazji – najazdu Beatlesów na Amerykę.

Projekt ten został potem rozwinięty w płytę The King and Eye, zawierającą oczywiście niezwykle redefinicje przebojów Elvisa. Pomiędzy piosenkami można było usłyszeć rozczłonkowane słuchowisko, w którym to ojciec opowiada swoim dzieciom baśnie o dawno już nieżyjącym królu i jego piosenkach, przedstawiając w nich ciemną stronę sławy i twórczości Presleya, mistycznego aspektu jego twórczości i duchowej władzy, jaką miał nad fanami dzięki swoim utworom.

R jak THE RESIDENTS PODCZAS RYTUAŁU 7 – RECESJA-RETORSJE-BANG

Było już kilka okazji do zobaczenia Rezydentów a żywo podczas koncertów w naszym kraju. Ostatnią wizytę złożyli w 2010 roku, kiedy to wystąpili w Polsce z dwoma koncertami w ramach trasy promującej materiał Talking Light. I jeden z tych koncertów stał się główną atrakcją siódmej edycji wrocławskiego Rytuału.

Scena w Imparcie została zainscenizowana niezwykle sugestywnie acz ascetycznie jako imitacja living roomu – staroświecka lampa, fotele, kanapa, kominek ze sztucznym płomieniem. Klimat swojski, familiarny, ale jednocześnie lekko niepokojący. W tle trzy okrągłe ekrany. Nikogo na scenie, tylko cicha muzyka. Nastrój oczekiwania. W końcu są – najpierw wychodzi wokalista o pseudonimie Randy w swojej masce starca, ubrany w szlafrok, bokserki, monstrualny krawat i buty klowna. Pozostałych dwóch muzyków pojawia się za nim, w dziwnych lateksowych maskach z czymś w rodzaju noktowizorów na oczach – oto Chuck na instrumentach elektronicznych i Bob na gitarze. Na początek Smelly Tongues! Po pierwszych dwóch utworach Randy przywitał publiczność i wytłumaczył się z nieobecności czwartego członka zespołu, perkusisty Carlosa, który zmęczył się rock'n'rollowym stylem życia i po czterdziestu latach przeszedł na emeryturę. Pada też zapowiedź, że za chwilę usłyszymy historie, z których część może być dość straszna. Koncert można było uznać za rozpoczęty. Smutna, pesymistyczna muzyka Rezydentów wypełniła salę. Utwory zespołu przetykane były tyradami wokalisty, okrutnymi opowieściami o samotności, starzeniu się, budzeniu się wewnętrznych demonów. Klimat dźwiękowy zmieniał się – od spokojnych pejzaży dźwiękowych po głośne, atakujące uszy fragmenty agresywne pasaże. Deklamacje Randy'ego uzupełniane były opowieściami postaci z wizualizacji. Większość występu wypełniły oczywiście kompozycje z najnowszej płyty, lecz fani zostali nagrodzeni także kilkoma starymi piosenkami – usłyszeć można było między innymi He Also Serves, Semolinę, My Window, Old Woman czy zagraną podczas bisu Death in Barstow.

Niewiele zespołów, nawet po tak długim okresie wspólnego występowania (to już ponad czterdzieści lat!) potrafi wciąż zachować odpowiednio wysoki poziom – zarówno kompozycyjny jak i wykonawczy. Mimo że we Wrocławiu muzycy pojawili się nie w maskach ocznych, lecz w innej inkarnacji, niewiele osób czuło się tym zawiedzionych. Osobiste uczestnictwo w ich muzycznym rytuale zawsze jest wielkim przeżyciem.

Oczywiście artyści podczas pobytu zachowali pełną anonimowość. Kontakt z muzykami odbywał się przez menadżera trasy, był pełen zakaz wstępu postronnych osób – w tym organizatorów – na backstage. Tajemnica została zachowana. Istotą każdego rytuału jest wszak Tajemnica.

S jak SANDMAN

Sandman, w Polsce znany bardziej jako Piaskowy Dziadek lub Piaskun, to istota z europejskiego folkloru – mityczne stworzenie, które zsyła dzieciom dobre sny za pomocą magicznego piasku sypanego do ich oczu w czasie snu. Rezydenci poświęcili tej postaci w całości jeden ze swoich concept-albumów – The Voice of Midnight, oparty na jednym z najważniejszych utworów tzw. czarnego romantyzmu, opublikowanym w 1917 roku opowiadaniu Der Sandmann autorstwa E.T.A. Hoffmanna. Realizując tę płytę posunęli się dalej niż do tej pory w przypadku innych swoich płyt w całości celebrujących jeden temat – tym razem nabrała ona kształtu słuchowiska/opery, muzycznego teatru z podziałem na role. Uniwersalna i interpretowana na różnych płaszczyznach opowieść o postępującym szaleństwie – historia młodzieńca imieniem Nathaniel, który żyje w ciągłym strachu wierząc, że całe życie prześladuje go Piaskun – w dźwiękowym wykonaniu The Residents stała się jedną z najmroczniejszych odsłon ich twórczości.

Opowiadaniem Hoffmana już znacznie wcześniej przez Rezydentami zainteresował się Freud, który obszernie zinterpretował je w swoim słynnym eseju Das Unheimliche z 1919 roku. Słynny psychiatra był zafascynowany obsesją pisarza na punkcie gałek ocznych... Na płycie możemy usłyszeć, jak babcia opowiada wnukom o Piaskowym Dziadku: „TRACH! TRACH! Słyszycie ten dźwięk? To odgłosy PIASKUNOWYCH DZIECI! To dźwięk, który wydają swoimi małymi sowimi dziobami, kiedy myślą, że zaraz będą jeść GAŁKI OCZNE! Tylko to jedzą, wiecie... Dzieci Piaskuna jedzą tylko gałki oczne... Gałki oczne złych dzieci...” Ciekawe, co by powiedział Freud o The Residents...

T jak TAJEMNICA

Tajemnica to słowo opisujące najlepiej cały zespół. Nikt tak naprawdę nie wie kim są, nigdy świadomie nie ujawnili swojej tożsamości, nie wiadomo ani jak wyglądają, ani jak się naprawdę nazywają. Kiedy grają koncerty, mieszają się ze swoją ekipą tak, że w końcu nie wiadomo, kto z nich jest na scenie. Nawet muzycy czeskiego zespołu Už Jsme Doma, który podczas trasy Freak Show pełnił rolę live bandu dla The Residents, nie wiedzą (a przynajmniej tak utrzymują) czy poznali właściwych członków formacji.

Istnieje sporo teorii na temat kim tak naprawdę są Rezydenci. Najbardziej oczywistą jest ta, że członkami zespołu są twórcy ich firmy menadżerskiej Cryptic Corporation – czyli Jay Clem, Homer Flynn, Hardy W. Fox i John Kennedy. Jak można się było spodziewać, sami zainteresowani zaprzeczają tym wszystkim przypuszczeniom. Muzycy formacji nigdy nie udzielili żadnego wywiadu, ale Flynn i Fox robią to za nich, jakoby w tym celu namaszczeni. William Poundstone, autor słynnej demaskatorskiej serii książkowej Big Secrets, dokonał jednak porównania głosu Flynna i linii wokalnych z nagrań zespołu i dostrzegł znaczne ich podobieństwo – i to właśnie przemawia najmocniej za tym, że to właśnie Flynn i Fox są podstawowymi kreatywnymi członkami The Residents. Helios Creed z zespołu Chrome stwierdza, że The Residents to klawiszowiec podpisujący się jako H., wokalista Homer i „jeszcze jeden gość o imieniu John”. Z kolei Peter Principle z Tuxedomoon stwierdził, że po osobistym śledztwie jego zespołu, jest niemal pewien, że The Residents to tylko jedna osoba, która jest odpowiedzialna za grafikę i jest inżynierem dźwięku w wytwórni Ralph Records. Jedna z ciekawszych teorii dotyczy awangardowego zespołu Cromagnon, który wydał zaledwie jedną płytę w 1969 roku – podobno to jego członkowie są współtwórcami The Residents. Część osób twierdziła nawet, że to wcale nie Rezydenci wzięli na warsztat The Beatles, ale że to członkowie The Beatles utworzyli ten zespół po zawieszeniu oficjalnej działalności.

Jedna osoba kiedyś spróbowała odkryć tożsamość członków zespołu, a był nią Igor Stefanowicz, dziennikarz muzyczny pracujący dla czasopisma Tylko Rock. W celu dowiedzenia się, kim są oni naprawdę, zaczaił się po koncercie w ich garderobie, licząc na przejście do historii jako ten, który rozwikłał tajemnicę tożsamości The Residents. Po chwili oczekiwania na backstage pojawiła się postać w masce-oku. Gdy gałka oczna została zdjęta, Stefanowicz zobaczył spoconego starszego pana, w widoczny sposób zmęczonego show, w którym przed chwilą brał udział. Dziennikarz schował się na tyle nieskutecznie, że szybko został zauważony. Członek The Residents spojrzał na niego smutno i wzdychając powiedział „Ech, paparazzi, paparazzi...”

U jak THE UGHS!

Muzyka The Residents prawie zawsze oparta była na intelektualnych podstawach. Nie było tam zbyt dużo miejsca na chaos, improwizację – mimo szaleństwa immanentnie w niej zawartego, była jednak zawsze pod kontrolą, nie pozwalając by emocje wzięły górę nad umysłem. Czas jednak zmienia wszystko. Po latach pracy w ścisłej dyscyplinie, podczas sesji nagraniowej The Voice of Midnight, zaczęło dochodzić do konfliktów światopoglądowych. Część z muzyków upierała się przy zachowaniu dotychczasowego sposobu komponowania, opartego na intelektualnej czystości, część jednak chciała postawić na surowość nagłych impulsów. Jedynym wyjściem okazało się stworzenie czegoś nowego, nowej formy kreacji, która pozwoliła by na pogodzenie tych sprzeczności. I tak powstało alter ego The Residents, które zostało nazwane The Ughs!

Jako że powstający właśnie materiał miał dotyczyć szaleństwa, ta inkarnacja zespołu miała też działać w szalony sposób. Sesje trwały podobno dniami i nocami, były pełne nieoczekiwanych zdarzeń i pomysłów. Muzycy rejestrowali wszystko, co udało im się zagrać. I z tej niespotykanej do tej pory u Rezydentów feerii improwizacji i spuszczenia z wodzy nieuświadomionych instynktów, dopiero potem stworzono właściwy materiał muzyczny na nową płytę – oczywiście odpowiednio wygładzony. Po dwóch latach muzycy wrócili jednak do tego materiału, ze zwykłej ciekawości. Słuchanie z czystym umysłem tego, co dwa lata wcześniej było tylko tłem dźwiękowym do narracji, jaką był The Voice of Midnight, odkryło przed muzykami nowe aspekty tej wariackiej sesji. Tym razem słuchali tego tylko jako muzyki, uwolnionej od służalczej roli wobec tekstu. I jak można było się domyślić, zdecydowali się na ujawnienie tych dźwięków szerszemu gronu słuchaczy. Płyta The Ughs! z 2009 roku jest dziełem wyjątkowym w dorobku The Residents – to ich pierwsze całkowite pójście na żywioł, zerwanie z nabożnym sposobem komponowania. Sami opisują ją jako coś w rodzaju zrytualizowanego, prymitywnego free jazzu. Jeśli ktoś zacząłby poznawanie ich dyskografii od tej właśnie płyty, mógłby nabrać mylnego przekonania na temat tego, co oni tak naprawdę robią. The Ughs! to jedna z najdziwniejszych płyt w ich dorobku, co wcale nie znaczy, że mniej ciekawa.

W jak WORMWOOD

Co i kto jest tak naprawdę najpopularniejsze w naszym kręgu cywilizacyjnym? Czy było w naszej kulturze coś, co mogłoby przebić sławę Elvisa i Beatlesów? Podobno Presley i Lennon byli popularniejsi od Jezusa. No właśnie! Rezydenci musieli w końcu sięgnąć po coś, co uznawali za największe popkulturowe dzieło wszech czasów, a dokładniej po to, co popkultura przerobiła w nim na prawie wszystkie z możliwych sposobów. The Residents porwali się na Biblię! Poświęcili wiele miesięcy na badanie tematu, miejsca tej księgi w kulturze i wyszukiwaniu co ciekawszych jej fragmentów – niekoniecznie znanych nawet chrześcijanom. Nie zamierzali jednak Biblii ani ośmieszać, ani jej uświęcać. Doskonale rozumiejąc, jak jej duchowość wspomaga wielu ludzi, jak jest użyteczna w ich życiu, nie mogli jednak znieść faktu, że większość chrześcijan pomija zawarte w niej opisy chorób, cierpień, tortur i okrucieństwa. Zwrócili uwagę, że właśnie ta dychotomia – współistnienie tam elementów pozytywnych z negatywnymi – daje jej prawdziwą równowagę i tym samym humanizuje całe dzieło. Ważna nie tylko jest podnosząca na duchu moralność czy „kochaj sąsiada swego”, ale też ta druga, znacznie mroczniejsza strona Księgi. Jedyna wyraźna krytyka, jaką ogłosili w związku z wydaniem w 1998 roku płyty Wormwood: Curious Stories from the Bible, dotyczyła jednostek, które używają Biblii do atakowania tych, z którymi się nie zgadzają na gruncie moralnym, sami używając w tym celu tekstu, który zawiera opisy krwawych ofiar z ludzi, kazirodztwa, masowych mordów, gwałtów i innych antyspołecznych zachowań.

Słuchając albumu poznajemy raczej nie omawiane szczegółowo na lekcjach religii fragmenty, takie jak opis zbliżenia seksualnego Lota z jego córkami, historię Onana, zmuszenie całego miasta do obrzezania czy postać Jeftego, który składa bogu swoją córkę w ofierze jako dziękczynienie za wygraną bitwę.

X jakXXX RESIDENTS

Rezydenci przez całą swoja karierę wcielali sie w innych muzyków – kwestią czasu było to, żeby w koncu ktoś wcielił się w nich. Ukawa Naohiro, słynny japoński artysta audiowizualny, stworzył cosplayowo-muzyczny projekt, którego nazwa – XXX Residents – nie pozostawia cienia wątpliwości dla kogo jest hołdem. Jeśli już ktoś miał złożyć pokłon Rezydentom to właśnie on wydaje się być odpowiednią osobą – już od dawien dawna zainspirowany naszymi bohaterami rzadko kiedy ujawniał swoją twarz, pokazując się najczęsciej w maskach lub też zasłaniając twarz tak, żeby było widać tylko oczy... Płyta projektu zatytułowana Ukawanimation! Presents XXX Residents – Attack Of The Killer Black Eye Ball ukazała się w 2009 roku i jak można się było spodziewać, jest ona dekonstrukcją twórczości słynnych dekonstrukcjonistów. Oczywiście jest to wydawnictwo owiane pewną dozą tajemnicy – nie ujawniono, kto wspomagał Naohiro przy jej nagrywaniu, ale krążą pogłoski, że w jej powstaniu uczestniczyli tacy muzycy jak iLL i Cicada. Pewną jest natomiast informacja, że przy jednym z utworów na albumie maczał palce guru muzycznego hałasu Masami Akita, szerzej znany jako Merzbow. XXX Residents z powodzeniem koncertuje, a twórcę tego specyficznego tribute bandu na scenie wspomagają inne osoby, oczywiście we frakach i z wielkimi gałkami ocznymi na głowach. Japończycy przerabiali już wszystko i przebierali się za wszystko – w końcu przyszła pora także na The Residents.

Y jak YOU YESYESYES

Yoooooooou yes yes yes yesyesyes yoooooooou
Yoooooooou yes yes yes yesyesyes yoooooooou
Yoooooooou yes yes yes yesyesyes yoooooooou

(tekst utworu You yesyesyes z płyty Fingerprince)

Z jak ZACIEMNIENIE

The Residents z założenia odrzucili typowy model zespołu rockowego czy popowego – nie ma u nich miejsca na silne celebryckie osobowości czy charyzmę poszczególnych członków. Pozbyli się indywidualizmu, w zamian stawiając na ikoniczność – w tym przypadku pod postacią nieodłącznie z nimi kojarzonej gałki ocznej. Skąd wzięła się ta ich programowa anonimowość? Muzycy powołują się w tym przypadku na zasadę muzykologiczno-filozoficzną, którą sformułował a potem pomógł im wprowadzić w życie mityczny N.Senada, którego jakoby poznali na stacji benzynowej w San Mateo, w czasie ich przeprowadzki z Luizjany do San Francisco. Ta doktryna – określana jako teoria zaciemnienia (theory of obscurity) – głosi, że artysta może tworzyć prawdziwą sztukę jedynie wtedy, gdy odrzuci wszelkie wpływy oraz zainteresowanie świata zewnętrznego, ponieważ wszelkie oczekiwania odbiorcy mogą negatywnie wpłynąć na powstające dzieło. Zgodnie z tą teorią The Residents postanowili ukryć swoją tożsamość pod rozmaitymi przebraniami, aby jedyną istotną rzeczą była ich muzyka, nie zaś dane osobowe czy wygląd zewnętrzny. I jak twierdzą sami zainteresowani, podążanie według tej ścieżki pozwala im na uniknięcie tradycyjnych dylematów muzyków, które mogły by wykiełkować z ich rozbuchanego ego. Chcieli wykorzenić pojawiające się podczas rozwoju kariery pytania-pułapki – na przykład „jakiej wielkości czcionką moje nazwisko będzie wydrukowane na tym plakacie?” lub też „jak często moja podobizna będzie gdzieś przedrukowywana?” Przyjęcie teorii zaciemnienia jako podstawy wszelkich aktów twórczych było niczym innym, jak przeciwstawieniem się maczystowskiemu wzorcowi zachowania przyjętemu przez rock'n'roll, który już dawno przestał mieć w sobie jakiekolwiek cechy buntowniczości. Wynikiem odrzucenia indywidualizmu i kreowania sztuki jako osobistego aktu – paradoksalnie – jest niezależność, wolna od wszelkich wpływów, tymczasowych mód i trendów. I w przypadku The Residents każdy element image scenicznego i medialnego, jest dzięki temu pod ich kontrolą. Kontrolą pełną – to oni prowadzą wydawnictwo Ralph Records, ich sprawami zajmuje się ich własna agencja menadżerska Cryptic Corporation. Jednym z najważniejszych w historii formacji aktów wprowadzenia w życie teorii zaciemnienia było nagranie płyty, która nigdy nie miała być usłyszana przez nikogo oprócz samych muzyków, a materiał został potem zamknięty w sejfie – miał tam przebywać aż do czasu, kiedy członkowie sami zapomną o jego istnieniu. Jednak przedłużająca się sesja nagraniowa płyty Eskimo wywołała debatę w Ralph Records: trzeba coś wydać w końcu, więc niech będzie to ta „zapomniana” płyta. I tak światło dzienne ujrzał album wydany bez wiedzy zespołu, przez wielu uważany za jeden najlepszych w dorobku grupy – pod wielce mówiącym tytułem Not Available. Rezydenci nie byli by jednak sobą, gdyby nie podali do publicznej wiadomości innej wersji wydarzeń, według której ta płyta ukazała się dlatego tyle lat po realizacji, bo samo jej nagranie było dla muzyków aktem ich grupowej terapii i nie chcieli jej ujawnić, bo uważali ją za zbyt osobiste doświadczenie. I tu musimy sami wybrać, co jest częścią ich mitologii, a co prawdą – trzeba po prostu zaakceptować grę The Residents objawiającą się w każdym możliwym z nimi kontakcie. Zaciemnienie.